poniedziałek, 9 maja 2016

Rozdział 14 - Kiedy miałam siedem lat...

 - Kiedy miałam siedem lat zginęli moi rodzice... - zaczęła niepewnie, ale Melanie zaraz jej przerwała
 - Relacje rodzinne, czy masz rodzeństwo i dokładnie - Elsa miała ochotę skulić się pod wpływem jej przeszywającego spojrzenia, ale, wyobrażając sobie, iż to tylko arystokraci z Północnych Wysp, wyprostowała się i opanowała mimikę twarzy. To tylko kolejne zebranie Rady. Nic więcej.
 - Z rodzicami i starszą o siedem lat siostrą miałam bardzo dobrze relacje - powiedziała spokojnie - Pomimo tego, że mama i tata często wyjeżdżali. Kiedy ich nie było zostawiali nas z Andersonami, starszymi ludźmi, którzy pracowali u nas od wielu lat. Można powiedzieć, że od pokoleń. Byli dla mnie jak dziadkowie, których nigdy nie poznałam. Zmarli jeszcze przed narodzinami Anny.
 Kiedy miałam siedem lat, wyruszyli na podróż. Byli politykami, mieli jakieś ważne spotkanie w Londynie. Tata zawsze chciał popłynąć statkiem, więc razem zdecydowali, że tak właśnie się tam dostaną. Przepłyną kanał La Manche. Ale był wypadek. Dotąd nie wiadomo co dokładnie się wydarzyło, ale faktem jest, że statek zatonął. Ocalili jakieś dzieci, oddając im swoje kamizelki ratunkowe. Sami zginęli tamtego dnia.
 Obie z Anną ciężko to przeżyłyśmy. Na początku jakiś dom dziecka chciał nas zabrać, ale Andersonowie wywalczyli prawa do opieki nad nami. Dom od samego początku był przepisany na nas, więc nie było problemów z majątkiem. Niestety, śmierć rodziców nie wpłynęła zbyt dobrze na relacje moje i mojej siostry. Ona musiała się skupić na egzaminach, ja siedziałam w pokoju... oddaliłyśmy się od siebie. Na początku to ona mnie odpychała, a potem tak bardzo przyzwyczaiłam się do samotności, że prócz posiłków, nie potrafiłam znieść jej obecności. Pogodziłyśmy się dopiero trzy lata później, po ogromnej kłótni, w której jej głównym argumentem było, że nie pojawiłam sie na pogrzebie rodziców, a moim, że mnie zostawiła samej sobie. Przez kolejny rok starałyśmy się naprawić nasze relacje. A potem spotkałam jego... - jej oczy zrobiły się puste - Nie znaliśmy się długo
 Pierwszego dnia bałam się go. Chodził za mną jak cień, widziałam go wszędzie. Kiedy wróciłam do domu, gdzie nikogo nie było, wszedł za mną. Byłam przerażona, a on jak zwykle się ze wszystkiego śmiał. Kiedy poczułam jego dłoń na ramieniu, spanikowałam. Zaczęłam uciekać, ale potknęłam się i film mi się urwał.
 Obudziłam się następnego dnia u niego. Na początku nie zorientowała się, że nie jestem w domu. Byłam tak zaspana, iż nawet tego nie zauważyłam. Ogarnęłam się i poszłam do kuchnie, jednak nie zastałam tam tak jak zwykle krzątającej się Gerdy, a czwórkę nieznanych mi osób. Trójkę różnych mężczyzn i jedną kobietę. Ona była niewysoka, może nawet niższa ode mnie, miała czarne włosy, przetykane zielonymi, niebieskimi i żółtymi kosmykami, delikatną twarz z fiołkowymi oczami pełnymi matczynej troski. Najwyższy z nich, postawny, brodaty, niebieskooki facet, którego przepełnione dziecięcym zachwytem spojrzenie kontrastowało z posturą ruskiego zbója i wytatułowanymi przedramionami, kłócił się z drugim, niewiele niższym, o zielonych oczach, szaroniebieskiej czuprynie i tatuażach na szyi i ramionach. Obok nich stał niziutki, pulchny, piwnooki mężczyzna ze złotożółtymi włosami, który gestykulował bardzo szybko. Dopiero po chwili zrozumiałam, że to język migowy i on tak naprawdę rozmawia z kobietą.
 Przestraszyłam się i zaczęłam uciekać. Nie zdolali mnie zatrzymać. Jednak nie zdążyłam wrócić do domu. ON mnie znalazł. Na początku nie chciałam z nimi pójść, ale ta kobieta, Amanda, na którą i tak wszyscy mówili Ząbek, ze względu na jej obsesję na punkcie higieny jamy ustnej, przekonała mnie. Potem samochodem Mikołaja pojechaliśmy do mnie, a ja prawie dostałam zawału po drodze. On prowadził, jakby kodeks ruchu drogowego był tylko nic nieznaczącyni wskazówkami. To było jedno z najgorszych przeżyć w moim życiu.
 Na miejscu Anna była tak szczęśliwa, że mnie widzi, iż prawie mnie udusiła w swoim uścisku. Jak zwykle towarzyszył jej Krystian, jej chłopak, narzeczony właściwie. Olek, nasz czteroletni psiak, którego Anka dostała na osiemnastkę od pani Gerdy. Przedstawiliśmy się sobie oficjalnie, chociaż jak już się zorientowałam moja siostra ich rozpoznawała i okazało się, że wcale nie są tacy źli.
 Amanda, Mikołaj, Oliwier i Stefan, a także Jacek, czyli chłopak, który mnie porwał, byli czymś w rodzaju... samozwańczej policji? Nazywali siebie Strażnikami. Każdy z nich miał pseudonim jakiejś postaci z bajki, Amanda była Ząbkiem czyli wróżką-zębuszką, Mikołaj - Northem-mikołajem, Oliwier - Zającem Wielkanocnym, Stefan - Piaskowy Dziadek i Jacek - Dziadek Mróz. Ich szefem był jakiś gościu o ksywce "Księżyc". Oni sami nigdy go nie poznali, kontaktował się z nimi przez wiadomości, zawsze z pieczątką w kształcie tarczy księżyca w pełni. On wybierał swoich "Strażników".
 Kiedy już pojechali, a ja wróciłam do pokoju, okazało się, że nie jestem sama. Był tam jakiś wysoki, chudy facet, z ziemistą cerą, złotymi oczami i nastroszonymi, czarnymi włosami. Był wściekły. Mówił coś, że zawsze przy mnie był... nie wiem dokładnie o co mu chodziło. W każdym razie zagroził śmiercią Anny i zostawił mnie samą. Rozpłakałam się, bo nie chciałam jej stracić, dlatego nie zauważyłam przyjścia Jacka. Obiecał mi, że ochronią moją siostrę, muszą tylko ją zabrać do siebie. Później mieliśmy lekką sprzeczkę, którą on chciał zakończyć pocałunkiem. Prawie mu wyszło, ale byłam tak zaskoczona, że rąbnęłam go w twarz. A potem jak w tanich romansidłach się pogodziliśmy i całowaliśmy...
 Udało mi się Annę jakoś przekonać, żeby wsiadła z nami do samochodu. Miało być dobrze, mieliśmy tylko przejechać do ich kryjówki pod miastem... ale wpadliśmy na tego faceta. Jacek nazywał go Boogeymanem. Chcieliśmy go zgubić, ale nie wyszło. Staranował nas. Uderzył w bok samochodu, od mojej strony. Chyba myślał, że nas załatwił, bo zniknął, ale nieco przecenił swoje możliwości. Anna była tylko poobijana, Jacek miał pociętą przez odłamki szkła skórę, ale to były tylko płytkie rany, no i poparzenia od poduszki powietrznej. Ze mną było o wiele gorzej.
 Według lekarzy to był cud, że w ogóle przeżyłam. W sumie przez ponad minutę byłam martwa. Akurat wtedy, kiedy Anna sprawdzała mi puls. Nie mogli czekać, dlatego byli zmuszeni zostawić mnie we wraku samochodu... jakiś przechodzień mnie wyciągnął i przeprowadził masaż serca. Już prawie stanęłam na nogi, kiedy dostałam kulkę w brzuch. Nie pamiętam dokładnie co się wtedy działo. Niedługo później przyjechała karetka. Jakoś udało się im przywrócić mnie do świata, ale praktycznie od razu zapadłam w śpiączkę. Nie miałam żadnych dokumentów, ani niczego co mogłoby potwierdzić moją tożsamość, ale jakiś uczynny lekarz wziął mnie pod opiekę.
 Obudziłam się dopiero jakieś dwa i pół roku później. Miałam amnezję, nie pamiętałam praktycznie nic, prócz tego jak się nazywam. Ten lekarz naprawdę był wspaniałym człowiekiem, dał mi trochę pieniędzy na start, a że miałam już siedemnaście lat, mogłam pracować. Poszłam do liceum i wszystko się układało. Mieszkałam w Bursie z Emmą, która potem okazała się największą, najwerdniejszą i najbardziej egoistyczną... już nie dokończę. Miałam dobre przyjaciółki Wikę i Kingę... Było wspaniale.
 A potem znów spotkałam jego. Włóczył się jak zwykle po mieście, spoglądając na ludzi, jakby kogoś szukał. Udało mi się z nim porozmawiać dopiero za drugim razem. Nie poznał mnie, bo sporo się zmieniłam przez te prawie trzy lata. Jak właściwie każda nastolatka po prostu dorosłam. Kiedy na niego patrzyłam, miałam takie dziwne wrażenie, deja vu. Po powrocie do Bursy jak zwykle rysowałam i naszkicowałam jego. Emma to zobaczyła. Wyznała mi, iż jest jego siostrą, ale z powodu jakiejś kłótni, on ją odrzucił. Wtedy nie wiedziałam o co chodziło.
 Codziennie rozmawialiśmy w parku. Urywałam się ze szkoły, żeby go spotkać, pomagał mi z tymi dziwnymi obrazami, które były tak pozbawione sensu... przynajmniej wtedy. Teraz wiem, że to były moje wspomnienia.
 Trzy dni odkąd powiedziałam Emmie o Jacku zostałam znowu porwana. Tyle że tym razem przez moją kochaną współlokatorkę. Zaciągnęła mnie do swojego szefa, mówili do niego Amodeusz. Wirtuoz  wszelkich kryminalnych działalności, największy wróg Strażników. Okazało się, że Emma chciała odzyskać brata. I nie wachała się przed niczym, żeby to osiągnąć. Była gotowa skazać mnie na śmierć i wymordować Strażników, jeśli to by tylko dało jej Jacka. Trzy dni. Tyle mnie torturowali. Nawet mi nie powiedzieli o co im chodzi... Potem przyszedł ten Boogeyman, powoływał się na jakąś umowę i Asmodeusz pozwolił mu mnie zabrać do siebie. On... był inny niż na początku myślałam. Opatrzył mi rany... Pytałam się, czemu to robi. Okazało się, że jestem dla niego kimś z rodziny, on sam nie był pewien kim, ale byłam córką kobiety, którą kiedyś chronił. Po jakimś miesiącu udało mu się mnie wyciągnąć stamtąd. Podczas ucieczki zostałam niemal śmiertelnie ranna, bo go zasłoniłam przed ciosem nożem. Zabrał mnie do Strażników. Oni mu nie ufali, ale widząc mnie, musieli go wpuścić. Opatrzyli mnie, a jego zamknęli w piwnicy.
 Trochę to trwało, ale kiedy się obudziłam, pamiętałam już wszystko. I nawet uświadomiłam sobie skąd znam twarz Boogeymana. To był Konstanty Pich, wujek mojej matki. Moja babcia miała tyle rodzeństwa, że on został dziadkiem w wieku kilku lat, dlatego był niewiele starszy od Anny.
 Amanda i Mikołaj byli naprawdę dobrzy z medycyny. Zdołali mnie poskładać do kupy w ciągu dwóch dni.
 Kiedy się obudziłam, obok mnie była tylko Ząbek. Reszta poszłą załatwić Boogeymana. W ostatniej chwili udało mi się go uratować, bo Jacek był serio wściekły za to w jakim stanie się znalazłam. W każdym razie udało mi się jakoś zarzegnać ten konflikt, żeby się nie pozabijali. A potem wytłumaczyłam im co i jak i oczywiście jak na "zakochaną" parę z Jackiem się znowu całowaliśmy. Słodko, kwiatki, misie i tak dalej.
 Któregoś dnia Anna mignęła mi się w tłumie. Nie jestem z tego dumna, ale praktycznie o niej zapomniałam. Przycisnęłam trochę Jacka i powiedział mi, że moja siostra już się ożeniła. Jakiś rok po mojej rzekomej śmierci. Krystian bardzo jej pomógł przetrwać żałobę.
 Minął tydzień i udało mi się wkręcić na imprezę w moim starym domu. Chociaż jak tak patrzę z perspektywy czasu, to powinnam najpierw sprawdzić z jakiej okazji. Okazało się, że to impreza urodzinowa. Na cześć Jacentego i Nikoliny. Nie wiem jak można być tak okrutnym i nazwać tak dzieci, ale ona zawsze była staroświecka. Na początku nie chciała mi uwierzyć, ale w końcu przyjrzała się i mnie poznała. Nie wiedziałam, że zapuszczenie włosów i urośnięcie może aż tak zmienić człowieka! Dogadałam się z nią, ale łatwo nie było.
 Kilka dni później do Strażników przyszła koperta z pieczątką srebrnego oblicza w pełni. Wiadomość od Księżyca. Wybrał mnie i Boogeymana na nowych Strażników.
 Tydzień później w końcu weszłam na facebook i zobaczyłam wiadomość od Wiki. Była naprawdę wściekłą i wysłała mi nagranie swojego krzyku jak tylko zobaczyła, że jestem dostępna. Jacek myślał, że ktoś mi grozi... pojechałam spotkać się z nią i Kinią, a one od razu zmusiły mnie do wyznania z kim zwiałam z miasta. One są jak wyrocznie! Od razu ze mnie wyciagnęły, że zostałam Strażnikiem. Jak się okazuje wszyscy o nich wiedzieli tylko nie ja...
 Oliwier nie był zadowolony jak ściągnęłam je do naszej Bazy. Delikatnie mówiąc... skończyło się tym, że one wróciły do domu, a ja weszłam na dach. To naprawdę był tylko wypadek! Nie chciałam się zabić. Po prostu poślizgnęłam się na dachówce, bo niedawno padał deszcz... zresztą nic poważnego się nie stało, tylko parę stłuczeń i siniaków. Naprawdę nie rozumiem czemu aż tak dramatyzowali.
 W każdym razie niedługo później doszło do bitwy z gangiem Asmodeusza. Było ciężko, ale daliśmy radę odeprzeć ich atak. Niemalże oddałam wtedy życie, żeby chronić Jacka... a jak on mi się odpłacił? Następnego dnia dowiedziałam się, że Jacenty i Nikolina to jego dzieci! Że woli moją siostrę ode mnie, bo jestem zbyt do niego podobna! - Nikola zacisnęła pięści, a w jej oczach zalśniły łzy - Nic nie warty dupek. Uciekłam. Najpierw do Wiki, która zajęła się mną, kiedy przechodziłam najgorszy okres, ale Strażnicy mnie namierzyli po tygodniu. Znowu uciekłam, ale tym razem na inny kontynent. Załapałam pierwszy samolot do Nowego Jorku. Włóczyłam się po okolicy i wpadłam na tego stwora, no a dalej już wiecie...
~*~
W piątek wyjeżdżam do Włoch, wracam dopiero w przyszłą niedzielę, więc do tego czasu raczej nic się nie ukaże

czwartek, 5 maja 2016

Rozdział 13 - Bo nie jest

 Elsa musiała się doprowadzić do porządku. Przeraziła się, kiedy spojrzała w lustro. Te wory pod oczami, wychudzona twarz i sylwetka, poplątane, przetłuszczone włosy, ubranie, które wisiało na niej jak na wieszaku...
 Nie, zdecydowanie musi się za siebie wziąść. Przecież wygląda jak jakieś... jakieś... jakieś... uch, tego nawet się nie da określić. To po prostu tragedia! I pomyśleć, że była kiedyś królową o nienagannym wy...
 Nie. Stop. Przeszłość to przeszłość. Kiedyś była królową, Strażniczką, córą zimy, była Elsą, ale teraz jest już tylko Nikolą Wilk, dziewczyną taką jak inne w tym dziwnym obozie.
 Odgarnęła zmatowiałe włosy i zebrała je w niechlujnego koczka, po czym zaczęła przeglądać szafki. Znalazła tam parę szortów do przebrania, jakąś pomarańczową bluzkę z czarnym pegazem i napisem "Obóz Herosów", ręcznik i najpotrzebniejsze przybory do higieny, którą ostatnio znacznie zaniedbała. Po chwili jednak przypomniała sobie o najważniejszej rzeczy, a mianowicie o tym, iż nie ma pojęcia gdzie jest łazienka tutaj. A ludziom w takim stanie nie zamierzała się pokazywać.
 Lekko się skrzywiła, ale nie widząc innej możliwości zaczęła kolejno otwierać drzwi. Znalazła opowiednie tuż po tym jak cudem uniknęła zasypania przez bandaże, opatrunki i przenośne apteczki, które ktoś inteligentnie ustawił jedną na drugiej, zapominając, że taka konstrukcja długo nie ustoi. Zamknęła za sobą drzwi na klucz i po raz kolejny spojrzała w lustro.
 Twarz, niegdyś o delikatnych rysach, teraz stała się niezwykle wyostrzona, z tymi wklęsłymi policzkami, suchą, poszarzałą i pobladłą skórą, bladoszarych oczach, które poraz pierwszy od kilku tygodni spojrzały bystro na świat, dodatkowo to wszystko otaczały potargane, przetłuszczone kosmyki ciemnych włosów.
 Spuściła wzrok na umywalkę, ale zaraz odskoczyła przestraszona. ceramiczna misa była pokryta szronem. Nikola spojrzała zszokowana na swoje dłonie. Na palcu nadal miała pierścionek, więc moc nie powinna tak po prostu samodzielnie się aktywować. Jeszcze raz popatrzyła na umywalkę, jednak po lodzie nie pozostał nawet ślad.
 "Wydaje mi się, że to lekka schizofrenia..."
 Brązowowłosa spróbowała sobie przypomnieć co wie o tej chorobie. Nie było tego wiele, ale gdzieś obiło się jej o uszy, że schizofrenicy słyszą głosy i widzą rzeczy, których nie ma. W sumie to by pasowało. Miała pierścień, więc nie mogła tak zwyczajnie stracić kontroli, a  kiedy wcześniej widziała lód, Rita upierała się, iż wcale go tam nie było. Widocznie wymyśliła go sobie. Tak samo jak Annę. Przecież jej siostra nie mogła się tu pojawić!
 Nie podobała się jej wersja, według której cierpiała na chorobę psychiczną, ale pasowała. No i była uleczalna, w odróżnieniu od jej braku wiary w siebie, który tak często sprawiał jej kłopoty. Czasem zastanawiała się, czemu Księżyc ustanowił ją Strażniczką Wiary, skoro ona praktycznie jej nie posiadała. Znaczy kiedyś było inaczej, jednak teraz... teraz jest już koniec.
 - Teraz jesteś zwyczajną dziewczyną - szepnęła do siebie. Zdjęła ubrania i weszła pod prysznic, chociaż w jej aktualnym stanie to lepsza byłaby wanna na kąpiel. Ale cóż, teraz nie jest królową, nie może oczekiwać, że służba będzie jej dogadzać.
 Ciepła woda momentalnie rozluźniła jej spięte mięśnie. Przełączyła prysznic na, jak to określała Wika, chmurkę, czyli tak żeby leciało od góry. Wmasowała sobie w skórę jakiś żel do mycia i dokładnie go spłukała. Czynność tę powtórzyła jeszcze dwa razy, bo czuła się brudna. Zajęła się także włosami, które aż prosiły o podwójny szampon i jakąś mocną odżywkę. Jak ona mogła się tak zapuścić...
 Kiedy już skończyła się szorować i wytarła się, ubrała się w obozowy zestaw ciuchów. Włosy wyżęła, a potem porządnie wytarła ręcznikiem. Były praktycznie już suche. Spojrzała jeszcze raz w lustro.
 Kolejny punkt doprowadzania się do porządku: przespać się, bo te wory, to jakiś koszmar. A potem jakiś posiłek, bo te trzy tygodnie na minimalnych ilościach jedzenia, fatalnie wpłynęły na jej sylwetkę. Znaczy owszem, miała zamiar schudnąć, ale nie aż tak! Chciała tylko być troszkę szczuplejsza, a nie jak kościotrup.
 Nikola posprzątała po sobie i wyszła z łazienki. Na jej szczęście nikogo nie było w szpitaliku, więc nikt raczej nie zauważył jej krótkiego zniknięcia. Chociaż to może dlatego, że był jeszcze wczesny ranek...
 Brązowowłosa ziewnęła, uświadamiając sobie, jak bardzo tą długie czuwanie ją wyczerpało. Położyła się na łóżku i nakryła kocykiem. Zamknęła oczy, ale błyskawicznie otworzyła je z powrotem. No tak, był powód, dla którego nie sypiała. Widok Jacka całującego Annę. Zacisnęła powieki i zmusiła się do zignorowania tego. mimo to jednak nadal czuła ten ucisk w sercu. Jak on mógł tak się nią zabawiać...
***
 - No widzę ją i co takiego? - Wilk usłyszała głos Lisy i odgłos skrobania ołówkiem po papierze - W sumie to racja... - znowu skrobanie - No się tak nie ekscytuj, to jeszcze nic nie znaczy. Idź po Melanie - odgłos kroków i zamykanych drzwi. Nikola mruknęła cicho i otworzyła oczy - O, czyżby nasza śpiąca królewna się obudziła? - brązowowłosa zignorowała ten uszczypliwy komentarz i rozciągnęła się, a potem usiadła na łóżku, przecierając oczy.
 - Nie spałam od praktycznie trzech tygodni, wyrozumiałości trochę... - mruknęła zaspana
 - O, ty mówisz? - zdziwiła się szczerze córka Apolla - Przez cały ten czas praktycznie się słowem nie odezwałaś i teraz tak po prostu rozmawiasz?
 - Miałam trochę gorszy okres - powiedziała lekko zażenowana dziewczyna - Nie masz może szczotki do włosów? I suszarki? Moje włosy to jedna wielka tragedia!
 - Dziewczyno, spędziłaś tu trzy tygodnie, snując się z kąta w kąt, płacząc, wygadując jakieś niestworzone rzeczy albo w ogóle się nie odzywając i dodatkowo mając porządny atak paniki na widok tłumu, a teraz mówisz, że to po prostu gorszy okres?!
 - Um... tak? - odpowiedziała jej Nikola. Złotowłosa uderzyła się w czoło w geście znanym jako facepalm.
 - Bogowie, mieszkam tu odkąd skończyłam sześć lat i widziałam różne rzeczy, ale to... - zabrakło jej słowa
 - Przekracza wszelkie granice? - podsunęła jej Elsa
 - Właśnie. Czy ty napewno jesteś stabilna psychicznie? - zapytała ją córka Apolla, grzebiąc po szafkach - Bo Mel od Ateny podejrzewa u ciebie schizofrenię. Jest! - wyciągnęła z szuflady szczotkę i podała ją dziewczynie
 - Dzięki - uśmiechnęła się ciemnowłosa, rozczesując włosy. Lisa miała wrażenie, że jej kości policzkowe przebiją zaraz skórę.
 - Dobra, to jak się uczeszesz, to pójdziemy do Chejrona, on ci wszystko wytłumaczy na temat Obozu Herosów, czyli miejsca, w którym się znalazłaś - oznajmiła córka Apolla - Najważniejsze: wystrzegaj się dzieciaków z piątki i szesnastki - uniosła palec - Są wojownicze i mściwe jak nie wiem co. W końcu są od Aresa i Nemezis...
 - Momencik! Trochę nie łapię. W jakim sensie od Aresa i Nemezis? - wtrąciła się Nikola
 - Chejron ci wszystko wytłumaczy - Belle zbyła ją machnięciem ręki - Chodź!
 Złotooka związała włosy w wysokiego koka, po czym pozwoliła się zaprowadzić Lisabelle do Wielkiego Domu, jak ona to ujęła. Był to trzypiętrowy budynek w kolorze pastelowego błękitu, z białym wykończeniem, a na otaczającym  go ganku stały fotele wypoczynkowe, stolik do kart i pusty fotel na kółkach. Jednak na jego widok Brązowowłosa zwolniła. Jej instynkty rozszalały się, wrzeszcząc, że nie powinno jej tu być, że musi uciec, zanim mieszkaniec tego domu ją zobaczy. Zobaczy i rozpozna kim jest, że przejrzy jej kłamstwa... i zmusi do powrotu. A ona nie chciała wracać.
 - M-musimy tam iść? - zapytała drżącym głosem Strażniczka - N-nie wydaje m-mi się, żeb-by to był d-dobry pomysł...
 - Spokojnie! Chejron jest miły człow... centaurem. No wiesz, półczłowiekiem-półkoniem...
 - Wiem kto to centaur - powiedziała lekko urażona córa zimy - Ale coś mi mówi, że to zły pomysł...
 - Oj, daj spokój! Przecież nic ci nie zrobi! - zaśmiała się mieszkanka domku siódmego. Elsa już dalej nie protestowała. Zresztą i tak by to się na nic zdało... Lisa ochoczo zapukała w drzwi, które po chwili otworzył im mężczyzna w średnim wieku, siedzący na elektrycznym wózku inwalidzkim, z przerzedzonymi włosami i rzadką brodą. Uśmiechał się dobrotliwie, chociaż kiedy jego wzrok padł na Strażniczkę, zaczął skanować ją uważnie spojrzeniem. Ciemnowłosa nie czuła się zbyt dobrze w tej sytuacji; jej policzki pokrył lekki rumieniec. - Witaj, Chejronie! To jest Nikola Wilk, ta dziewczyna, o której ci mówiłam. Dzisiaj zaczęła zachowywać się normalnie, dlatego stwierdziłam, że mogę ją już do ciebie przyprowadzić...
 - Nie przypominam sobie, żebyś mówiła, iż twoja koleżanka jest śmiertelniczką - Elsę zmroziło na te słowa. To źle, że jest zwykłym człowiekiem?
 - Bo nie jest - odpowiedziała Chejronowi zaskoczona córka Apolla - Musi być heroską, podawałam jej nektar i amrozję i to przeżyła!
 - Lisa, jak mogłaś być tak nierozważna, podawać boski pokarm komuś, kiedy nawet nie wiesz czy jest herosem - złajał ją mężczyzna
 - Uznałam, że jest, bo zaatakowała ją jedna z Łaskawych!
 - Przecież one rzadko kiedy opuszczają Hades i na dodatek nie powinny zaatakować kogoś, kto nie ma żadnej aury... - zamyślił się mieszkaniec Wielkiego Domu, ale zaraz klasnął w dłonie - W każdym razie, witamy w Obozie Herosów, Nicole.
 - Nikola - mruknęła cichutko Elsa
 - Dobrze, Nikola - mężczyzna uśmiechnął się dobrotliwie, jednak to nie uspokoiło w żadnym stopniu Strażniczki - Tutaj mieszkają herosi, potomkowie ludzi i bogów. Na przykład w szóstce mieszkają...
 - Dzieci Ateny - dokończyła za niego. Lisa spojrzała na nią z zaskoczeniem - Melanie jest bardzo inteligentna i przenikliwa - pośpieszyła z tłumaczeniami - A jak Rita zaprowadziła mnie do pawilonu jadalnego, widziałam, że siedzi przy stoliku z szóstką - jednak to zapewnienie nie wystarczyło, by Chejron przestał się jej tak przyglądać. Dopiero po chwili zaczął dalej kontynuować swoją wypowiedź.
 - W każdym razie herosi odziedziczają cechy bądź zdolności boskiego rodzica. - wciąż uważnie wpatrywał się w Elsę - Przykładowo Lisa, jako córka Apolla, jest bardzo dobrą łuczniczką, a także uzdrowicielką, zajmuje się głównie przypadkami trucizn. A Percy, syn Posejdona, panuje nad wodą i porozumiewa się z końmi. Mogłabyś oprowadzić ją po Obozie? - zwrócił się do Belle - I przekaż Melanie jak ją spotkasz, żeby przyszła do mnie na chwilkę.
 - Oczywiście - uśmiechnęła się blondynka, po czym złapała Strażniczkę za rękę i pociągneła z powrotem do domków.
***
 Córa zimy naprawdę obawiała się spotkania z Mel. Szczególnie, że Chejron poprosił ją na rozmowę do siebie. Czyżby miał podejrzenia co do tego kim jest Elsa i potrzebował jakiegoś potwierdzenia? Oby nie...
 - Cześć, Rita - bąknęła brązowowłosa do córki Hebe, na którą trafiły pod budynkiem z numerem osiemnastym. Czarnooka rozchmurzyła się na ich widok. Podbiegła do nich w podskokach, wyciągnęła notatnik z kieszeni i wyskrobała na nim szybko "A nie mówiłam?".
 - I teraz będziesz się tak tym szczycić? - zapytała niezadowolona Belle - Widziałaś gdzieś Melanie? - czarnowłosa pokiwała głową z uśmiechem i pokazała uzdrowicielce kartkę - Serio? To chodź.
 Córka Hebe położyła dłoń na ramieniu Elsy i przekrzywiła lekko głowę, posyłając jej lekki uśmiech. Strażniczka zrozumiałą to bez trudu.
 - Jest o wiele lepiej niż wcześniej - powiedziała złotooka - To było tylko przejściowe. Po prostu czasem tak mam - Rita zmarszczyła lekko brwi - Spokojnie! Nie masz co się martwić. Już mi przeszło.
 Frozenchild byłą pewna, że czarnowłosa jej nie uwierzyła. Patrzyła na nią tymi swoimi pełnymi wątpliwości oczami przez całą drogę do szpitalika, bo właśnie tam czekała na nie Melanie.
 Kasztanowowłosa siedziała na łóżku Elsy, przeglądając jej notatnik. Miała bardzo skupioną minę, jakby usiłowała rozwiązać jakieś bardzo trudne równanie. Właściwie porównanie Nikoli do działania matematycznego w oczach Mel było trafne. Niemal wszystkich ludzi potrafiła rozszyfrować jak pilny uczeń równanie na lekcji matematyki. Jednak kiedy patrzyła na wybrankę Księżyca, miała wrażenie, że czegoś jej brakuje, jakby nie miała odpowiedniego wzoru, aby ją rozwiązać.
 - Nicole, chciałabym z tobą porozmawiać, jeśli nie masz nic przeciwko, oczywiście - oznajmiła, nawet nie podnosząc głowy znad szkicownika.
 - Jasne, możemy porozmawiać - bąknęła Strażniczka - Tylko że jestem Nikola, nie Nicole.
 - To nie ma większego znaczenia - stwierdziła córka Ateny, wzruszając ramionami - Skąd jesteś?
 - Z Polski.
 - Jesteś Europejką, a mimo to tu wylądowałaś i jesteś heroską. Ciekawe - mruknęła do siebie - Opowiedz swoją historię.
 Elsa wciągnęła gwałtownie powietrze, zaskoczona tym poleceniem. Z trudem opanowała drżące palce, ale z myślami nie było tak łatwo. W jej głowie zapanował haos. Co miała powiedzieć kasztanowowłosej dziewczynie? Przecież jeśli powie prawdę, to zorientują się kim jest i zmuszą ją do powrótu...
 - J-ja... nie lubię na ten temat rozmawiać - szepnęła, ale mimo to Melanie ją usłyszała. Uniosła wzrok i zaczęła ją przeszywać spojrzeniem z stalowoszarych oczu.
 - Nalegam - powiedziała z mocą obozowiczka - Schizofrenia i depresja, to bardzo niebezpieczne zaburzenia psychiczne, a poznanie ich przyczyny, może pomóc je zwalczyć - wybranka Księżyca spojrzała na jej twarz i zaraz tego pożałowała, bo przenikliwy wzrok córki Ateny uwięził ją w swoich sidłach. Wiedziała, że heroska nie odpuści.
 Musiała coś wymyśleć. I to szybko.

piątek, 22 kwietnia 2016

Rozdział 12 - To postacie z bajek?!

 - Wzięłaś ten blok i kredki? - Rita westchnęła i przewróciła oczami, po czym pokazała owe przedmioty w swoich rękach - Nie wzdychaj tak. Musimy sprawdzić jak reaguje na poszczególne elementy Obozu, żebyśmy wiedzieli nad czym pracować - Córka Hebe na te słowa wyrzuciła ręce w górę w niemym geście "No przecież wiem!". Ewentualnie wołała o pomstę do nieba - Nie jęcz tak. I tak byś poszła, nawet jakbym cię nie prosiła. - Czarnooka zacisnęła lekko usta i wskazała obiema rękami na idącą obok nich Elsę, która szkicowała coś ołówkiem. Strażniczka w ogóle nie zwracała uwagi na to co się dzieje. Mel już nic nie powiedziała tylko zaprowadziła je przed zbrojownię - Nikola, co ci się z tym kojarzy?
 Wybranka księżyca jak na komendę przewróciła kartkę i w niezwykłym tempie zaczęła pokrywać białe tło kolorami. Melanie przyglądała się jej uważnie, analizując każdy jej gest. Elsa używała tylko odcieni niebieskiego, szarości, czerni, bieli i jasnego beżu.
 Większość kartki pokryła szarym, a pozostałą część błękitem i beżem. Wzięła do ręki czarną kredkę i zaczęła coś nią szkicować. Bezładne plamy nagle nabrały sensu. Była to dziewczyna - wyglądała jak Nikola, ale miała inny kolor oczu, włosów, była blada... Córka Ateny z podziwem patrzyła jak w ciągu kilku minut Strażniczka stworzyła tak niezwykle realistyczny obraz.
 Była pod tym względem utalentowana. Kobieta z rysunku wręcz promieniała zdecydowaniem i zacięciem. W smukłej dłoni miała miecz wykonany z kryształu bądź lodu, który przeszywał dziwnego stwora... wyglądał jak koń, który właśnie się rozpadał od miejsca, w którym jego ciało stykało się z ostrzem.
 Mel zmarszczyła brwi. Nie rozumiała dlaczego dziewczyna nie rysuje siebie tylko innych. Kobieta z rysuku wygląda jak jej kopia i to dosłownie, ale... Nikola ma złote oczy i brązowe włosa, a jej pobladła skóra nadal nosi ślady opalenizny. I coś jej się w tym nie zgadzało, bardzo nie zgadzało...
***
 Melanie spędziła już którąś z kolei godzinę przy książkach. Wcześniej jeszcze wyprosiła od Chejrona możliwość posiedzenia chwilę przy komputerze, jednak nie mogła znaleźć tego, czego szukała.
 Nicole była siostrą królowej, a więc jej nazwisko musiało gdzieś się pojawić, ale córka Ateny nawet nie potrafiła namierzyć tej władczyni. To było conajmniej dezorientujące. Na świecie pozostało jeszcze trochę monarchii, jednak większość albo nie posiadała koron, albo wygląd kobiet nie pasował.
 - Tęskniłaś, Sowiogłowa? - Mel podskoczyła na krześle, słysząc znikąd szept przy uchu. Odwróciła się i jej wzrok padł na zwijającego się ze śmiechu Valdeza. Tak, ten syn Hefajstosa nadzwyczaj uwielbiał żartować z ludzi.
 - Mniej niż się spodziewałam - burknęła. Latynos zajrzał jej przez ramię.
 - Ty, skąd ty masz takie realistyczne rysunki Jacka i Anny? - córka Ateny obróciła gwałtownie głowę na te słowa, o mały włos nie nokautując go.
 - Wiesz kto to jest?! - wykrzyknęła zaskoczona. Ona się męczy nad tym od kilku godzin, a on to tak po prostu wie?
 - Czy wy w ogóle bajek nie oglądacie? - uniósł brwi Leo - No jak można tego nie znać! Ja musiałem nie raz to obejrzeć w zastępczych rodzinach z młodszymi dzieciakami. Przecież to Jack Mróz ze Strażników Marzeń, a to Anna z Krainy Lodu - wskazał na odpowiednie szkice - O! A ta tutaj to Elsa! - dźgnął palcem obrazek białowłosej dziewczyny - Nie no, Riley byłaby wniebowzięta, gdyby miała takie rysunki...
 - To postacie z bajek?!
 - No przecież mówię - chłopak przewrócił oczami - Ankę pamiętam najlepiej, bo Rayli zmusiła mnie do przebrania się za nią. No i szalała na punkcie tego ducha zimy. A czemu tak właściwie ich szukasz?
 - Nicole ciągle rysuje te postacie. Ale byłam pewna, że to prawdziwi ludzie - zasępiła się córka Ateny. Przywykła do łatwych zagadek, do sytuacji, które potrafiła rozwiązać w kilka minut, do ludzi, na których wystarczyłoby, żeby spojrzała i już znała większość faktów z ich życia. Może traciła tą umiejętność?
 Na próbę spojrzała na Valdeza. Jej umysł odruchowo już zaczął analizować jego wizerunek. Praworęczny, pracujący fizycznie o czym świadczyły niewielkie odciski na jego rękach, wiecznie pobrudzone dłonie natomiast uściślały, że to mechanik, zajmuje się robotyką i konstruowaniem, bystre spojrzenie zdradzało, iż jest bardzo energiczny. Wiecznie uśmiechnięty, ale Mel już dawno zorientowała się, że to jego sposób na krycie smutku. W jego palcach niemal zawsze znajdowały się jakieś drobne części mechaniki, z których tworzył i rozkładał odruchowo proste maszyny. Był to jeden z oczywistrzych cech charakterystycznych dzieci Hefajstosa. Lewą ręką poruszał nieco mniej, oberwał w nią czymś, prawdopodobnie jakiś automaton wybuchł, o czym świadczyła także nastroszona bardziej niż zwykle brązowa czupryna i resztki sadzy na granicy włosów. W bluzce miał kilka wypalonych dziur, najpewniej znów był czymś na tyle podekscytowany, by zapłonąć. Tak, ta jego umiejętność samozapłonu bywała irytująca, na przykład kiedy przypadkowo spalił sobie spodnie na arenie, ale i pożyteczna. Kiedy do Obozu dostawał się jakiś ziejący ogniem potwór, chłopak mógł odwrócić jego uwagę nie martwiąc się, że zostanie spalony.
 Nie, jej umiejętności nadal działały równie sprawnie. To z tą dziewczyną musiało być coś nie tak. Uparcie wymykała się wszystkim wzorcom jakie znała Melanie.
 - A czemu je rysuje? - zapytał Latynos
 - No właśnie to próbuję ustalić! - wykrzyknęła zirytowana córka Ateny. Nienawidziła, gdy coś szło nie po jej myśli, szczególnie coś takiego. Ze względu na dar analizy, jaki odziedziczyła po matce, powinien rozwiązać ten problem w kilka sekund. Udało się jej określić bez znacznego problemu na jaką przypadłość cierpi złotooka, ale ona sama... to była zagadka dla Mel. I dziewczyna nie zamierzała się poddać dopóki jej nie rozwiąże. Dowie się kim była ta Nikole.
***
 "Tu możesz zacząć nowe życie"
 Może to byłą jej szansa na spokój? Przestać rozpamiętywać przeszłość i powoli o wszystkiem zapomnieć... Przecież może to zrobić. Wystarczy, że zintegruje się z tutejszym społeczeństwem, tak jak wtedy po ożyciu wmieszała się w ludzi. Czuła wyrażnie, iż to nie jest ten sam świat, a może i nawet wymiar. Ci obozowicze mówili o bogach, a miała pewność, że żaden nie istnieje tam, gdzie żyła wcześniej. Starała się jak najuważniej słuchać Northa i dlatego wiedziała, iż tak było. Te drzwi zaprowadziły ją do innego wymiaru, do miejsca, w którym teoretycznie nie wolno było jej przebywać, jednak moc Księżyca tu nie sięgała. Tu mogła naprawdę zacząć od nowa.

wtorek, 19 kwietnia 2016

Rozdział 11 - Była tu...

 - Niech nie wie nikt, nie zdradzaj nic... - Brązowowłosa śpiewała ledwo słyszalnie, apatycznym głosem. Rita zmarszczyła brwi, słysząc te słowa. Nie znała języka w jakim mówiła Elsa, ale podejrzewała, że to jakiś z Europy - Żadnych uczuć, od teraz tak masz żyć... bez słów, bez snów... łzom nie dać się... - po tym zdaniu już rozpłakała się  na dobre.
 Obozowiczka nie wiedziała jak zareagować na to. Nie miała pojęcia co nuciła jej towarzyszka, jednak brzmiało to bardzo smutno. Czarnooka bardzo chciała móc powiedzieć jej coś, co by ją pocieszyłe, ale był jeden problem. Rita była niemową. A Strażniczka nie wyglądała teraz na osobę, która jest w stanie coś przeczytać.
 Po chwili wahania czarnowłosa przysiadła obok niej i powoli objęła dziewczynę. Elsa na początku zesztywniała, jednak zaraz znowu zaczęła szlochać, tym razem wtulając się w córkę Hebe. Obozowiczka głaskała ją powoli po plecach, starając się ją uspokoić.
 Nagle jednak Strażniczka odskoczyła, wpatrując się swoimi wielkimi oczami w Ritę. Była przerażona. Dziewczyna wstała z łóżka i podeszła do niej, jednak kiedy usłyszała co brązowowłosa mamrocze, zatrzymała się. Tym razem wybranka Księżyca mówiła po angielsku.
 - Przepraszam, Anno... nigdy nie chciałam cię zranić - po jej policzkach zaczęły spływać świeże łzy - Tym razem trafiłam w serce... przepraszam, Aniu - schowała twarz w dłoniach, szlochając
 Rita złapała notatnik i napisała kilka słów, po czym podetknęła go Elsie prawie pod nos. Szturchnęła ją delikatnie, żeby zwróciła na nią uwagę. Strażniczka pociągnęła nosem i przeczytała zawartość kartki.
 "Jestem Rita. Tu nie ma żadnej Anny"
 - Była tu... - powiedziała wstrząśnięta złotooka, ale obozowiczka pokręciła głową - Była tu! Zabiłam ją! Powiedziała, że zamroziłam jej serce... Skórę pokrył szron, włosy miała jak śnieg... ona nie żyje! - zaszlochała - Ja ją zabiłam!
 Córka Hebe spojrzała na Elsę z niepokojem. Co ona wygadywała? Przecież były tu we dwie. No, w trójkę, jeśli doliczyć jakiegoś nieprzytomnego chłopaka, który oberwał wczoraj mocno w głowę i musiał tu zostać. Znowu pokazała Strażniczce notatnik.
 "Spokojnie. Wiem, że sobie poradzisz, musisz tylko się uspokoić"
 - Nie panuję nad tym! - jęknęła przerażona brązowowłosa - Ten lód pokrył już wszystko... to moja wina!
 "Tu nie ma żadnego lodu"
 - Jest, przecież go widzę! - zaoponowała córka zimy - Pokrył całe to miejsce...
 "Ciii...  spokojnie. Tu jesteś bezpieczna. To Obóz Herosów. Tu możesz zacząć nowe życie. Jak się nazywasz?"
 Elsa powiodła pustym wzrokiem po ścianach.
 - Jestem Nikola. Nikola Wilk - powiedziała pustym głosem. Nie wiedziała czemu skłamała. Po prostu czuła się... czuła się tak jakoś dziwnie.
 Strażniczka oddychała coraz szybciej, wpatrując się w lód, pokrywający powoli jej szkice. W tym jeden szkic jego... Po jej twarzy potoczyły się następne słone krople. To było dla niej za dużo! Nie rozumiała jak duch zimy mógł ją zdradzić z jej własną siostrą. I nawet słowem o tym nie wspomnieć, udając, że nadal ją kocha...
 A teraz lodowa moc znowu wymyka się jej spod kontroli. Zamroziła już niemal całe to pomieszczenie! A jeszcze niedawno tak dobrze sobie z magią radziła...
 Elsa położyła się spowrotem na łóżku i zwinęła w kłębek. Rita popatrzyła na nią z niepewnością. Z dziewczyną było ewidentnie coś nie tak. Obozowiczka miała pewność, że Strażniczka ma halucynacje. Opowiadała o jakiejś Annie, którą rzekomo zabiła, o lodzie, który niby pokrył szpitalik...
 Córka Hebe zastanawiała się nad ściągnięciem tu Melanie. Melanie była córką Ateny, a jej ojciec był psychiatrą. Dziewczyna często pomagała mu przy pracy, więc znała się na tym. Szczególnie, że jako córka bogini mądrości wszystkie informacje łapała w lot. Czarnowłosa była pewna, że dałaby radę pomóc Nicole albo przynajmniej zdiagnozować co jej jest. Rita z własnego doświadczenia wiedziała, jak trudno jest się pozbierać po niektórych traumatycznych zdarzeniach. Trzy lata temu sama popadła w depresję, po stracie ojca w wypadku, spowodowanym przez piekielnego ogara. Jej udało się uniknąć zmiażdżenia, ale senior Watson nie miał tyle szczęścia. Zmarł chwilę po zderzeniu, a jego ostatnimi słowami było "Twoja matka była inna. Idź do Long Island i wejdź jak najgłębiej w las. Biegnij i nie zatrzymuj się choćby nie wiem co. Oni ci pomogą". I miał rację. Chejron wszystko jej wytłumaczył, a Melanie pomogła jej odbić się od dna i powrócić do społeczeństwa.
 Rita z całych sił starała się być tym dla Elsy, kim była dla niej córka Ateny. Wsparciem. To by wystarczyło, gdyby to była jedynie depresja. Ale to trwało widocznie już długo zanim trafiła do Obozu. Zbyt długo. Zmieniło się w coś poważniejszego. I dlatego obozowiczka uznała, że potrzebna jest jej pomoc.
 Tylko nie miała pojęcia jak ściągnąć tu Mel. Wolała nie opuszczać Nikoli, bo nie wiedziała co może jej strzelić do głowy. Już raz próbowała się pociąć, a na nadgarstkach miała stare blizny. Zdecydowanie to trwało już dosyć długo.
 - I co tam u naszej pacjentki? - zapytała Lisa z uśmiechem na ustach chodząc do pomieszczenia. Rita zatrzymała ją gestem i szybko nagryzmoliła na kartce prośbę, po czym pokazała ją córce Apollina - Po co Melanie? Coś się stało? Bezimiennej się pogorszyło? - Watson pokiwała głową i napisała "Nikola miała zwidy. Chyba coś się stało z jej psychiką" - Czyli ja w tej kwestii na nic się nie zdam - mruknęła nieco przygaszona blondynka. Nie lubiła być nieprzydatna - Posiedź z nią, ja ściągnę Mel. I spróbuj wcisnąc w nią trochę nektaru i ambrozji! I jakiegoś normalnego jedzenia, bo Leo ma rację, ona wygląda jak żywy trup. - Rita spojrzała na nią jak na idiotkę, podniosła lekko ręce i rozejrzała się - No dobra, normalnego jedzenia to tu nie ma, ale ambrozja i nektar są w tej szafce! - zawołała złotowłosa, wskazując drewniany mebel stojący przy ścianie, po czym wybiegła z szpitalika.
 Córka Hebe spojrzała na wtuloną w siebie, wciąż płaczącą Strażniczkę, a potem na szafkę. I tak jeszcze kilka razy. Po namyśle stwierdziła, że najpierw pozwoli się Nikoli wypłakać, a dopiero wtedy da jej boskie jedzenie. Zresztą ta niepozorna, zabiedzona brązowowłosa miała o wiele więcej siły niż można by się spodziewać. Czarnooka po trzech latach treningu była niewiele od niej silniejsza.
 Ricie nadal brzmiały słowa jej matki. "W Obozie pojawi się dziewczyna. Łatwo ją rozpoznasz, ma niezwykłe, złote oczy. Nie pomylisz jej z nikim, bo to spojrzenie pozostaje w pamięci. Zajmij się nią. Ona bardzo potrzebuje pomocy".
 To było powodem, dla którego tak uważnie wypatrywała nowej przybyszki. Kiedy bogowie coś kazali, nie wolno było się im sprzeciwiać, jeśli chciało się żyć.
 Przynajmniej tak było w przypadku nakazów od Wielkiej Dwunastki. Pomniejsi bogowie dzielili się na dwie grupy: chorobliwie zazdrosnych o Dwunastkę i pałających nienawiścią do ich dzieci (np. Eros) oraz milszych, czasem nawet pomocnych, jak Iris. Hebe należała do tej drugiej grupy. Jej można było się sprzeciwiać. Ona to rozumiała.
 Ale kiedy Rita zobaczyła Elsę... poczuła, jakby ktoś wbił jej spilki w serce. Strażniczka mimo opalenizny była bardzo blada, cała w opatrunkach po ataku Łaskawej*, wychudzona i zabiedzona. Córka Hebe nie potrafiłaby tak czy siak przejść koło niej obojętnie. Jednak wybranka Księżyca bardzo dobrze się ukrywała. Gdyby nie uwaga matki, Watson chyba by jej nie zauważyła.
***
 - Jak się nazywasz? - Melanie starała się być cierpliwa, ale obojętność dziewczyny ja drażniła. Nawinęła na palec kosmyk kasztanowych włosów i zamyśliła się na chwilkę. Jej wzrok padł na kredki i blok, które leżały na szafce obok. Lisabelle twierdziła, że Nikola dużo rysuje. W głowie córki Ateny zaczął tworzyć się pomysł - Dobrze, spróbujmy inaczej. Masz tu kartki i coś do malowania. Na pierwszej kartce narysuj coś lub kogoś, kto sprawia, że jesteś szczęśliwa, a na drugiej coś lub kogoś, przez którego cierpisz - oznajmiła i podsunęła jej odpowiednie rzeczy. Brązowowłosa bez wahania je wzięła. Jej puste oczy nagle nabrał wyrazu, kiedy zaczęła tworzyć. - Czy ona w ogóle mówi?
 - Wszystkie badania, jakie byłam tu w stanie wykonać, wskazują, że jej aparat mowy jest w pełni sprawny - powiedziała Lisa - Dodatkowo Rita twierdzi, że zanim tu przyszłam, Nikola się odezwała. Stąd w ogóle znamy jej imię.
 - Co mówiła? - Mel zwróciła się bezpośrednio do czarnookiej. Córka Hebe wyciągnęła notatnik i szybko zaczęła pisać. Mieszkanka domku szóstego cierpliwie poczekała, aż skończy, a potem uważnie przeczytała zawartość kartki - Miała halucynacje, dostała ataku paniki na widok dużej grupy ludzi albo przez te wiwaty, nie odzywa się, chociaż może, prawie nie zauważa co się wokół niej dzieje, jest załamana, na nadgarstkach i przedramionach ma ślady autoagresji, ciągle płacze, praktycznie nie sypia... wydaje mi się, że to lekka schizofrenia połącząna z dosyć mocną depre... - urwała, kiedy spojrzała na Elsę. Brązowowłosa siedziała zgarbiona z dwoma kartkami przed sobą. Po jej policzkach spływały łzy. Melanie wzięła rysunki do ręki i obejrzała uważnie. Obydwie przedstawiały jednego chłopaka, o białych, nastroszonych włosach, oszronionej, granatowej bluzie z kapturem, brązowych spodniach trzy-czwarte u dołu związanych rzemykami i zakrzywionym kijem w ręku.
 Na drugim jednak towarzyszyły mu trzy osoby. Kobieta o rudych włosach związanych w dwa warkocze, ubrana w oliwkową balową suknię z ciemnym gorsetem. Pozostała dwójka to były dzieci. Dziewczynka miała nieco jaśniejsze włosy od, jak podejrzewała Mel, matki i złote oczy, a chłopczyk natomiast był blondynem o mocno rozjaśnionej czuprynie oraz niebieskich tęczówkach. Wszyscy trzymali się za ręce. Ten pierwszy chłopak o wyglądzie siedemnastolatka trzymał dłoń dwudziestoparoletniej kobiety, a po ich bokach były dzieci.
 Było to niczym obraz szczęśliwej rodziny.
 Córka Ateny zeskanowała wzrokiem twarz rudowłosej, a potem delikatnie ujęła brodę Nikoli i przyjrzała się jej obliczu.
 - Zakochała się w chłopaku swojej starszej siostry, najpawdopodobniej Angielki. Jako że jej siostra i ten chłopak mieli ze sobą dwójkę dzieci, zaręczyli się, ale nie mogli się pobrać ze względu na jego wiek, jest niepełnoletni. Załamana Nicole wpadła w depresję, jednak trauma była na tyle wielka, że zaczyna się u niej rozwijać schizofrenia. Uciekła z domu i wpadła na Łaskawą, które "zagnała" ją tutaj.
 - Nikola, nie Nicole - powiedziała Lisa
 - Weź się nie czepiaj

_______
*- tak niektórzy w Obozie określają Erynie

środa, 13 kwietnia 2016

Rozdział 10 - Napad paniki

 Tego dnia czarnooka usiadła naprzeciwko Elsy. Strażniczka zaskoczona tą zmianą, uniosła głowę. Dziewczyna widząc, że uzyskała uwagę brązowowłosej, wstała i wyciągnęła do niej rękę. Córka zimy spojrzała na swoją dłoń, a potem na towarzyszkę. W jej oczach czaiła się niepewność. Kąciki ust obozowiczki uniosły się minimalnie, kiedy przekrzywiła delikatnie głowę.
 Dawna królowa Arendell zrozumiała o co jej chodzi. Przez ten czas nauczyła się odczytywać jej gesty. Miały coś w rodzaju własnego języka, który składał się z drobnych gestów i min. A to, co zrobiła czarnowłosa oznaczało "Dalej, dasz radę. Możesz mi zaufać"
 Elsa zdała sobie sprawę, że rzeczywiście jej ufa. Nigdy z nią nie rozmawiała, ale obozowiczka była dla niej wsparciem. Nawet jeśli nie miała pojęcia jak ona się nazywa.
 Złotooka ujęła jej rękę, a wtedy jej towarzyszka uśmiechnęła się i pomogła jej wstać. Jej oczy niemo prosiły o pozwolenie. Strażniczka niepewnie skinęła głową. Czarnowłosa zaczęła ją powoli prowadzić. Elsa podążała za nią z lekkim wahaniem.
 Po kilku minutach znalazły się obok ogromnego pawilonu, pełnego dzieci i nastolatków. Córka zimy zatrzymała się gwałtownie. Wyszarpnęła rękę z uścisku dziewczyny i zaczęła potrząsać głową na boki. Nie chciała tam iść. Dla niej było tam za dużo ludzi. Czarnooka uniosła dłonie w uspokajającym geście. Wskazała na pawilon, a potem na siebie i pokiwała głową. Potem wyciągnęła do niej rękę, ale Strażniczka cofnęła się, przyciskając pięści do serca.
 Towarzyszka wybranki Księżyca nakazała gestem jej zostać i sama ruszyła do jednej z grupek, która siedziała przy stole z numerem osiemnaście. Nastolatkowie, którzy tam byli, przywitali ją radośnie, przekrzykując się.
 - Rita, gdzie byłaś?! - wołali - Od tygodnia nawet nie zajrzałaś do naszego domku, coś się stało?
 - Kim jest dziewczyna, z którą szłaś? - zapytała jedna dziewczyna. Czarnowłosa nie odezwała się nawet słowem, tylko uśmiechnęła się i napisała coś w notatniku, który wyciągnęła z kieszeni i im pokazała. Elsa nie rozumiała, dlaczego dziewczyna się nie odzywa, ale nie zamierzała tego dociekać. To była prywatna sprawa czarnookiej.
 Strażniczka rozejrzała się po pawilonie. Obozowicze siedzieli przy dwudziestu ponumerowanych stołach. Każdy nastolatek był inny, jednak każdą grupę coś łączyło. Ci przy numerze dziesięć, byli niezwykle piękni, ci przy piątce mieli coś dziwnego w spojrzeniu, coś agresywnego i siłowali się na ręce, przekrzykując się, a w oczach tych przy szóstce błyszczała niezwykła inteligencja. Większość obozowiczy, nawet te małe, siedmio-, ośmioletnie dzieci, mieli przy sobie broń typu, nóż, miecz czy łuk. Łuk był szczególnie popularny przy stoliku siódmym, tam gdzie siedziała znana Elsie dziewczyna. Ta sama która ją opatrzyła.
 Strażniczka poczuła wyrzuty sumienia. Lisa prosiła ją, żeby przychodziła codziennie na zmianę opatrunków, ale córka zimy tego nie robiła. Tak jakoś... mało ją to interesowało.
 Nagle obozowicze wstali i zaczęli klaskać oraz pokrzykiwać. Chyba wiwatowali. Brązowowłosa poczuła jak serce zaczyna jej przyśpieszać. Nabierała szybkie, krótkie oddechy, uderzyła w nią fala ciepła. Kręciło się jej w głowie; była przerażona. Ta sytuacja była tak podobna do tej z dnia koronacji...
 Krzyki obozowiczy zmieniły się w jeden wielki harmider, ogłuszając ją. Otoczenie zaczęło się zlewać w niewyraźne barwy.
 Elsa miała na sobie bluzkę na długi rękaw z golfem, długie spodnie oraz buty za kostkę, ale czuła się jakby była ubrana w tą samą sukienkę co pięć lat temu z peleryną i rękawiczkami. Ręce zaczęły się jej pocić od wyimaginowanego materiału, który według niej je okrywał. Złotooka przycisnęła drżące dłonie jeszcze bardziej do piersi i cofnęła się chwiejnie o kilka kroków.
 Rita, która towarzyszyła jej przez ostatnie trzy tygodnie, odwróciła się pod wpływem przeczucia. Była bardzo zaskoczona, kiedy zobaczyła przerażoną Elsę. Ruszyła w jej kierunku, ale okazało się to być niezbyt dobrym pomysłem. Brązowowłosa zaczęła biec.
 Strażniczka spanikowała. Miała wrażenie, że wszystko wokół niej pokrywa się szronem i lodem. Córka zimy, widząc czarnooką, zmierzającą w jej kierunku, przestraszyła się jeszcze bardziej i zaczęła uciekać. Rzeczywistość mieszała się jej ze wspomnieniami. Słyszała krzyk arcyksięcia von Szwądękanta, widziała ludzi z Arendell, którzy rozstępowali się przed nią i cofali w popłochu. "Potwór! Wiedźma!", krzyczeli. Widziała lód, który tworzył się pod jej stopami, choć tak naprawdę go tam nie było. Biegła, aż wpadła na jakiegoś chłopak. Odbiła się od jego klatki piersiowej i upadła na trawę.
 - Wszystko dobrze? - zapytał Latynos. Przez chwilę miała wrażenie, że już kiedyś go widziała. Wyciągnął rękę, żeby pomóc jej wstać, ale widząc panikę na jej twarzy zrezygnował i kucnął obok niej - Czy coś się stało?
 Tak samo zapytała się jej ta kobieta z dzieckiem na rękach. "Wasza wysokość, czy coś się stało?". Potrząsnęła minimalnie głową i zaczęła się podnosić, stale zwiększając między nimi dystans, jednak czyjeś ręce ją powstrzymały. Odskoczyła gwałtownie, ale nie zdążyła tym razem uciec, bo ktoś mocno złapał ją za nadgarstek.
 - Rita, ona ma chyba jakiś napad paniki - powiedział chłopak, a czarnowłosa pokiwała głową. Zrobiła proszącą minę. Latynos złapał Elsę za ramiona i potrząsnął nią lekko - Spokojnie. Nic się nie dzieje. Jesteś w Obozie Herosów, jesteś bezpieczna. Nic ci nie grozi. Nikt cię tu nie skrzywdzi - Złotooka skupiła na nim wzrok, jakby nagle otrzeźwiała. Przestała się rzucać i schowała twarz w dłonie, szlochając - Chyba trzeba jej dać coś na uspokojenie. Jak ona się nazywa?
 Rita wzruszyła ramionami. Obozowicz uniósł brwi, ale pomógł jej zaprowadzić zapłakaną córkę zimy do szpitalika. Tam wpadli na Lisę, która miała akurat dyżur.
 - Bogowie! - zawołała, zaskoczona ich widokiem. Latynos i czarnowłosa posadzili szlochającą Elsę na jednym z łóżek - Co jej się stało?
 - Miała chyba jakiś napad paniki - Rita złapała chłopaka za rekę i wystukała coś - Dobra, będę tłumaczył - odpowiedział jej, a ona uśmiechnęła się w podzięce i kontynuowała czynność - Zabrała ją do pawilonu, ale dziewczyna nie chciała wejść. Rita stwierdziła, że przyniesie jej coś do jedzenia, bo w ciągu tych trzech tygodni nie widziała, żeby miała cokolwiek w ustach i do tego wygląda jak kościotrup - czarnooka dała mu kuksańca w bok - Dobra, dobra! To ostatnie to moja opinia. W każdym razie, gdy herosi zaczęli wiwatować, ona się przeraziła i zaczęła uciekać. No i wtedy wpadła na mnie. Chciała zwiewać dalej, ale Rita ją dogoniła, jakoś udało mi się ją uspokoić na tyle, by przestała się wyrywać, tyle że wtedy się rozpłakała i no... dalej płacze.
 Lisa pokiwała głową i wzięła jakąś strzykawkę. Wbiła ją w ramię Elsy, a ta po chwili położyła się na łóżku, już nie szlochając. Pod wpływem tak mocnych środków uspokajających była zbyt otępiała, by chociażby siedzieć. Wydawało się jej, że od świata oddziela ją tafla grubego szkła. Nie zareagowała nawet jak córka Apollina zaczęła zmieniać jej opatrunki. Co prawda Strażniczka powinna mieć je zmienione już dawno, ale unikała innych jak tylko się dało. Mimo to jednak rany bardzo dobrze się goiły. Zostały już jedynie blizny. Jak na gust Lisabelle, zagoiły się zbyt szybko.
 Belle była ciekawa dlaczego tak się stało. Może to jeden z darów dziewczyny po jej boskim rodzicu? Szkoda tylko, że brązowowłosa nie została jeszcze uznana. Obozowiczka była bardzo ciekawa, czyim dzieckiem ona jest. Była piękna, na swój sposób, miała ogromne wręcz oczy, ze trzy razy większe niż normalny człowiek, ale idealnie to pasowało do jej okrągłej twarzyczki, cienkich ust i drobnego noska. Jej urodę było widać mimo tej nienaturalnej chudości, zapadniętych policzków i podkrążonych od ciągłego płaczu oczów. Mogłaby być córką Afrodyty. Do tego rany dziewczyny szybko się zagoiły. Może jest jej przyrodnią siostrą?
***
 Ritę obudził odgłos ołówka na papierze. Nieco zaspana, wyciągnęła się na szpitalnym łóżku, gdzie spędziła noc, nie chcąc opuszczać Elsy i podniosła wzrok. Brązowowłosa już nie spała. Na posłaniu, za którym siedziała, były rozłożone obrazki. Dziewczyna rysowała coś w swoim szkicowniku.
 Czarnooka podeszła do niej i wzięła do ręki pierwszą z brzegu kartkę.
 Rysunek na niej przedstawiał... była tam lekko skośne oczy, zmarszczone brwi i przygryzione usta. Mimo iż twarz była nieco zniekształcona, obozowiczka rozpoznała tą postać. To był Leo Valdez, syn Hefajstosa, ten sam, który poprzedniego dnia pomógł jej zabrać Strażniczkę do szpitalika. Tylko dlaczego znalazł się na tym szkicu?
 Obok leżał podobny obrazek, ale zamiast Valdeza był zatroskany Chejron. Rita bardzo się zdziwiła, bo z tego co wiedziała, Elsa nigdy nie spotkała wicedyrektora obozu. Więc co on tu robił?
 Za to na trzecim rysunku był nieznany czarnowłosej chłopak. Miał nastroszone, jasne włosy, ciemne brwi, łagodne rysy twarzy. Jego oczy były niezwykle dokładnie wykonane, widać było na nich delikatny cień śnieżynki. Byłby to wspaniały obrazek, gdyby nie jego mina i spływające po policzkach łzy. Jego serce zostało strzaskane na kawałki, a przynajmniej takie Rita odnosiła wrażenie, patrząc na ten szkic. Tak samo jak poprzednie dwa, był nieco zniekształcony.
 Wyciągnęła z kieszeni swój notatnik i szybko naskrobała na nim "Co to?" i już chciała podać go Elsie, ale brązowowłosa siedziała nieruchomo. Wzrok miała wbity w pościel i wodziła nim, jakby to, na co patrzyła się poruszało. Tyle że tam nic nie było...
 Czarnooka zmarszczyła brwi i spojrzała na jej twarz. Mimika Strażniczki  zdradzała, że dziewczyna jest rozżalona i zła na siebie. I na to coś, na co patrzyła. Jej wzrok znaczył "znikaj". Tylko co ona tam takiego widziała?
 A potem Elsa otworzyła usta, a Rita po raz pierwszy usłyszała jej głos.

wtorek, 15 marca 2016

Rozdział 9 - Nie wiem

 Lisabelle była dosyć ładną dziewczyną o złocistych włosach, wyważonej sylwetce, radosnych szarych oczach i olśniewającym uśmiechu. Zdecydowanie odziedziczyła wygląd po swoim ojcu, Apollinie. Apollo był greckim bogiem piękna, sztuki, łucznictwa i medycyny. Ostatnie z tych dwóch Lisa również posiadała. Była bardzo dobrą łuczniczką, a do leczenia miała niezwykły dar. Jej dotyk potrafił zneutralizować większość trucizn, co czyniło ją jedną z lepszych uzdrowicielek w Obozie Herosów, czyli jedynej bezpiecznej przystani dla w połowie ludzkich potomków bogów greckich.
 Zdecydowanie nie był to letni biwak. Tu uczono dzieciaki walki i sztuki przetrwania w świecie, gdzie nadal można napotkać różne stwory z mitologii. Wielu z obozowiczów było tak zwanymi "całorocznymi". Określenie to zawdzięczali faktowi, iż praktycznie nie opuszczali tego miejsca. Niektórzy zaczynali naukę bardzo wcześnie, mając zaledwie kilka lat, zaś inni, ci którzy mieli sporo szczęścia, dożywali poza Obozem nawet piętnastki. Nikt starszy tam dotąd nie trafił.
 Właśnie. Dotąd. Zaledwie kilka godzin temu Lisabelle wracając z treningu trafiła na ciemnowłosą dziewczynę, którą właśnie usiłowała zamordować jedna z Łaskawych. Zdecydowanie nie był to jej najlepszy dzień. Lisa miała na szczęście przy sobie jeszcze łuk, więc zdołała zabić potwora, ale stan tej nastolatki... cóż pozostawiał wiele do życzenia. Przy pomocy chłopaków, którzy akurat przechodzili udało się jej dotransportować ją do szpitalika i zabrać się za jej rany.
 Blondynka przeciągnęła się na swoim łóżku, po czym lekko zaspana poszła do rannej. Co kilka godzin musiała sprawdzać jej stan, na wypadek gdyby coś się pogorszyło. Niby ją opatrzyła, ale zawsze wolała dmuchać na zimne, dlatego też zaglądała do niej co godzinę.
 Ziewając otworzyła drzwi do szpitalika i z latarką w ręku podeszła do ciemnowłosej. Tak jak podejrzewała, opatrunek na boku, w który Łaskawa widocznie wbiła pazury, przemiękł trochę. Zdjęła bandaż, ostrożnie przemyła ranę nektarem, czyli jednym z najlepszych uzdrawiających środków jakie istnieją, a także pokarmem bogów, i nie omieszkując przy okazji podpić troszkę, zakryła ją z powrotem.
 - A ty znowu podprowadzasz nektar? - Lisa prawie zakrztusiła się, słysząc czyjś głos. Obróciła się i zobaczyła opalonego blondyna o niebieskich jak niebo po burzy oczach.
 - Weź mnie nie strasz, Will - zganiła go. Chłopak był jej przyrodnim bratem ze strony ojca oraz kimś w rodzaju ordynatora. Jako lider ich domku [w każdym domku mieszkają dzieci jednego z bogów i mają swojego przedstawiciela czyli grupowego. dop. aut.] zajmował się całym szpitalikiem.
 - Co jej się stało? - zapytał, wskazując na wciąż nieprzytomną ciemnowłosą. Lisa skrzywiła się lekko.
 - Atak Łaskawej - odparła - Ślady po pazurach na twarzy już pozszywałam, bok i poszarpane plecy też jakoś się opatrzyło - zrelacjonowała, pokazując odpowiednie miejsca - Zaraz po ataku straciła przytomność, nadal się nie obudziła. Dodatkowo ma szramy na nadgarstkach i mocno podrapaną rękę, ale to wygląda na robotę człowieka. Nie wiem, może te dwa ostatnie to autoagresja? - zamilkła na chwilę, zamyślona, ale zaraz kontynuowała - Sądząc po wyglądzie nie jadła co najmniej tydzień, ogólne jest w złym stanie. - podsumowała
 - A jak się nazywa?
 - Nie mam pojęcia - odpowiedziała - Nie zdążyłam się jej spytać, a nadal nie odzyskała przytomności.
 - Dobra, zmieniaj jej na razie bandaże, a gdy się obudzi to podaj jej miksturę przeciwbólową. Tą co Kay od Hekate zrobił. I dwa razy dziennie ambrozja. Zalecenie lekarza - powiedział, zapisując coś na kartce, którą zaraz położył na szafeczce koło nieprzytomnej, a Lisa zachichotała cicho na te ostatnie słowa. Will zdecydowanie lubił to wyrażenie i dodawał je do prawie każdej wypowiedzi o medycynie.
 - A ty nie miałeś dziś wpaść do Katie? - zapytała blondynka, mając na myśli [jeszcze nie] dziewczynę chłopaka.
 - Odwołałem, bo dziś mój dyżur - odmruknął. Widać było, że nie jest z tego powodu uradowany, ale jako grupowy musiał dawać dobry przykład.
 - Zajmę się nimi - uśmiechnęła się szarooka - Przecież niebo się nie zwali jak na chwilę pójdziesz
 - Powiedział Herkules do Atlasa* - zaśmiał się syn Apollina - Kochana jesteś! - dodał, dając jej krótkiego całusa w policzek i wybiegając z szpitalika.
 Lisa nucąc pod nosem zaczęła sprawdzać zawartość szafek, robiąc spis potrzebnych rzeczy do kupienia. Znowu brakowało bandaży i plastrów, a nektaru oraz ambrozji też przydałoby się skombinować więcej. Lepiej dobrze się przygotować, bo po ostatniej Bitwie o Sztandar [gra zespołowa herosów] poszło całkiem sporo środków, gdyż jakiś żartowniś wpuścił kilka piekielnych ogarów do lasu, a zaskoczeni obozowicze trochę oberwali.
 Blondynka zerknęła ostatni raz na swoją pacjentkę i poszła do Jedenastki, czyli domku Hermesa. Jako że był to bóg wieeeelu rzeczy w tym podróżników, posłańców, złodziejów i handlarzy, drzwi tego przybytku prawie cały czas były otwarte. Chmurnooka weszła do środka, po czym zagwizdała donośnie.
 - Kto skombinowałby trochę rzeczy do szpitalika?! - zawołała - Chętny dostanie całodniową przepustkę na zewnątrz, ale w tym czasie musi zrobić też te zakupy - zastrzegła. Zaraz słyszeć się dało okrzyki entuzjazmu. Niby Hermesiątka radziły sobie i bez tych przepustek, jednak legalnie opuścić obóz jest miło, a nie stresować się, czy ktoś cię nie złapie. Herosi zaczęli się przekrzykiwać.
 Czarnowłosy chłopak z niebieskim oczami i urokiem Supermana, podbiegł do niej i wyrwał jej kartkę.
 - Zaklepane! - krzyknął - Jutro dostawa, Belle - dodał z słodkim uśmiechem. Lisa przygryzła wargę, starając się nie zacząć szczerzyć jak głupia. Lubiła Erika i to jak zdrabniał jej imię.
 - Dzięki - cmoknęła go w policzek. Niebieskooki mrugnął do niej, po czym zaczął się zbierać do wyjścia.
 To nie tak, że nie podobało im się w Obozie Herosów. Po prostu każdy lubi czasem uciec od ciągłych treningów i nauki. No bo ile można?
 Lisabelle z ogromnym uśmiechem wróciła do szpitalika. Jednak kiedy weszła, w środku czekała ją niespodzianka.
 Ciemnowłosa siedziała po turecku na szpitalnej pryczy i zawzięcie coś rysowała. Widać było, że każdy ruch sprawia jej ból, jednak nie przerywała pracy. Blondynka podeszła do niej i położyła jej dłoń na ramieniu. Dziewczyna ledwo zauważalnie wzdrygnęła się.
 - Hej, jestem Lisa, a ty? - spytała. Ale pacjentka zdawała się jej nie zauważać. Jak gdyby nigdy nic dalej szkicowała - Może chociaż powiesz mi jak się tu znalazłaś? Pamiętasz coś? - próbowała dalej. Jednak i to nie przyniosło pożądanego efektu, dlatego w końcu zabrała jej ten notes. Ciemnowłosa zacisnęła palce na ołówku i przymknęła oczy. Belle spojrzała na rysunek, który tak bardzo zaabsorbował jej towarzyszkę.
 Było to kilka scen. Najpierw ciemnowłosa z zagubioną miną przechodząca przez jakieś drzwi, potem ta sama dziewczyna w lesie, to jak idzie... następny był szkic Łaskawej. Wspaniale oddawał nawet najmniejszy szczegół tego potwora. A później... Lisa potrzebowała chwilki, żeby zrozumieć ten obrazek. W samym centrum były oczy. Reszta twarzy była jakby zamazana, a brzegi kartki zaczernione. Na twarzy postaci odbijała się troska. To była ona sama, córka Apollina.
 Zaskoczona blondynka oddała szkicownik właścicielce, a ta zaraz otworzyła szarozłote oczy i zaczęła dalej rysować. Miała nieobecny wzrok.
 Lisa była naprawdę zdziwiona jej zachowaniem. Może atak Łaskawej spowodował traumę, na skutek której tak się zachowuje? A może zawsze tak miała? Istnieje także możliwość, że powodem jest bycie herosem. Niektórzy półbogowie z łatwością mogą przejrzeć Mgłę, czyli magiczną zasłonę, która oddziela świat śmiertelników od boskiego i ukrywa potwory przed wzrokiem ludzi, sprawiając iż wydają się być czymś normalnym na przykład bezdomnym psem, a to może odbijać się na ich psychice. Jeśli ktoś przez lata wmawia ci, że oszalałeś, jest możliwość, iż po jakimś czasie rzeczywiście pomiesza ci się w głowie. A może ona po prostu jest niemową i tak jakoś wyszło, że odcięła się od świata? Zdecydowanie będzie musiała zrobić jej dodatkowe badania.
***
 Bezimienna, jak ją określała Lisa, bo nie udało się jej dotąd poznać jej imienia, była w obozie chyba już drugi tydzień. Trudno było to stwierdzić, gdyż przemykała niezauważana przez niemal nikogo. Tego dnia znowu siedziała pod domkiem boga snu, Hypnosa, tradycyjnie rysując coś w swoim nieodłącznym szkicowniku. Przez chwilę Belle zastanawiała się, czy dziewczyna nie jest córką tego bóstwa, ale zaraz odrzuciła tę myśl. Ciemnowłosa nie zachowywała się jak mieszkańcy tego przybytku, ona zdawała się w ogóle nie spać, podczas gdy oni robili to niemal cały czas.
 Lisa zatrzymała się na chwilę i popatrzyła na nią. Po policzkach dziewczyny spływały łzy, jednak nie przerywała szkicowania. Trzęsła się pod wpływem szlochów. Ale córka Apolla nie podeszła do niej. Wcześniej próbowała nie raz ją pocieszyć, lecz Bezimienna albo jeszcze bardziej zaczynała płakać, albo uciekała, zanim chmurnooka zdążyła choćby do niej podejść. Nikomu nie pozwalała się do siebie zbliżać.
 No, prawie nikomu.
***
 Elsa już dawno straciła rachubę czasu. Dzień czy tydzień, sekunda czy minuta... nie miało to dla niej żadnego znaczenia. Był tylko ten ból w sercu.
 Codziennie siadła przy domku podobnym do wiejskiego, krytego strzechą budynku. Dookoła niego rosło wiele maków. Czuła, że gdyby weszła tam, mogłaby przestać cierpieć. Że mieszkańcy tego przybytku byliby w stanie jej pomóc.
 Ale wtedy straciłaby wszystko. Pamięć o Nim bolała, jednak... jednak ona nie potrafiłaby sobie bez niej poradzić.
 Kątem załzawionego oka Elsa zobaczyła ruch. Przetarła twarz i spojrzała w bok. Obok niej usiadła czarnowłosa dziewczyna o obsydianowych oczach. Ona niemal od samego początku była niedaleko i Strażniczka w końcu przyzwyczaiła się do jej obecności. Nigdy się do siebie nie odzywały, nie uśmiechały, po prostu były obok i tyle.
 Aż tyle. To było właśnie to, czego Frozenchild potrzebowała. By ktoś był obok. Nie potrafiła rozmawiać z kimkolwiek, słowa grzęzły jej w gardle, dławiły ją, a ta cisza była ratunkiem, lekarstwem.
 Czarnooka podała Elsie chusteczkę. Ciemnowłosa przyjęła ją bez wahania i otarła łzy. Kiedy znowu spojrzała na swoją towarzyszkę, zobaczyła, że ta wyciąga ku niej dłoń z prośbą w oczach. Córka zimy od razu zrozumiała o co jej chodzi. Przycisnęła prawą rękę do piersi, pochylając głowę i niepewnie podała jej szkicownik. Jej pamiętnik złożony z obrazów. Słyszała jak ta przewraca kartki, ale nie podniosła wzroku.
 Po chwili dostała swoją własność z powrotem. Otwarty był na szkicu Elsy. Twarz miała skrytą w dłoniach, usta otwarte wpół szlochu. Za jej plecami były uchylone drzwi, a w powstałej szparze... Jack i Anna. Ta dwójka trwała w miłosnym uścisku, szczęśliwi, a ona samotna, zapłakana.
 W tym obrazie zmieniła się tylko jedna rzecz - u dołu był cytaty.
 "Jest na świecie ta­ki rodzaj smut­ku, które­go nie można wy­razić łza­mi. Nie można go ni­komu wytłumaczyć. Nie mogąc przyb­rać żad­ne­go kształtu, osiada cias­no na dnie ser­ca jak śnieg pod­czas bez­wiet­rznej nocy"
 Po policzkach Strażniczki potoczyły się świeże łzy.

____________
* - nawiązanie do greckiej mitologii. Herkules był jednym z ważniejszych herosów, który podczas jednej z misji musiał zdobyć złote jabłka z Ogrodu Hesperyd, córek Atlasa. Sam nie mógł tego zrobić, dlatego był zmuszony prosić o pomoc Atlasa, tytana, który za bunt przeciwko bogom został skazany na podtrzymywanie nieba właśnie.

środa, 9 marca 2016

Rozdział 8 - Jack, proszę...

 Spojrzała smutno w lustro. Jej ciemne włosy były poprzetykane blondem, skóra opalona, lecz dziwnie blada, tęczówki o niespotykanym kolorze, zarazem złotym i niebieskim... Może kiedyś była piękna, ale ogromne, sine wory pod oczami, wychudła twarz, splątane, przetłuszczone włosy i popękane usta skutecznie to przyćmiły.
 Wzięła z lodowej toaletki pierścień, jednak zawahała się chwilkę przed jego założeniem. Ten niepozorny przedmiot stworzony z księżycowej łzy był jedynym co mogło ją powstrzymać, ale i on przegrywał z jej gniewem. Była zbyt potężna. Ogromu mocy jaki otrzymała, nie przewidział chyba nawet sam Pan Księżyc.
 Niezwykła potęga i delikatnie serce. To nigdy nie powinno iść w parze. Dziewczyna powoli uświadamiała sobie, jak wiele jest w stanie zrobić. Gdyby zechciała, dałaby radę pokonać każdego. Jacka, Pitcha, Asmodeusza, Księżyc... jej magii nic nie może powstrzymać.
 Dlatego powinna odejść. Sprawa Mroza zachwiała jej i tak nie zbyt stabilnymi emocjami, przez co bała się, że ktoś może to wykorzystać. Mimo bólu jaki jej zadał, Elsa nadal kochała Strażnika Zabawy. Jednak nie potrafiła na niego patrzeć. I bez niego było jej bardzo trudno. Obraz jego i Anny miała wypalony po wewnętrznej stronie powiek. Kiedy tylko zamykała oczy, na powrót ich widziała.
 "Nie mogę kochać kogoś takiego jak ja..."
 Z ust Frozenchild wyrwał się szloch, ale szybko go zdusiła, zasłaniając sobie usta dłonią. Nikt nie mógł się dowiedzieć, że jest w Bazie. Zdecydowanie nasunęła pierścionek na palec. Jej ciało pozbyło się resztek chłodu, który się w nim gnieździł. Włożyła do torebki jeszcze tylko szkicownik z przyborami i wspięła się na biurko. Zmusiła się do ostatniego użycia mocy, pomniejszając się do wysokości kilkinastu centymetrów. Z niemałym trudem wspięła się po uchwycie swojego bardzo pojemnego kuferka i wskoczyła do środka.
 Wnętrze pudełka nie wyglądało tak jak się spodziewała. Otaczały ją metalowe ściany, a wokół leżało wiele przedmiotów, które tam kiedyś wrzuciła. A także dwie rzeczy, których wolałaby więcej nie oglądać. Srebrne serduszko na lodowym łańcuszku i bransoletka ze śnieżynką, które kiedyś podarował jej On. Cisnęła ozdóbkami o ścianę, jednak zaraz podbiegła i wzięła je delikatnie, sprawdzając czy przypadkiem się nie uszkodziły.
 Jack był dla niej niczym narkotyk. Jego brak ją wyniszczał, ale obecność także. Była na niego wściekła, nienawidziła go za to co jej zrobił, jednak... w jej sercu nadal pozostała miłość do niego. Potrzebowała choć najmniejszej więzi, żeby móc dalej funkcjonować, a ją zapewniała jej ta biżuteria.
 Bransoletkę odłożyła na jakiś stosik kartek, a wisiorek zapięła na szyi i ukryła pod bluzką, mając płonną nadzieję, iż to w końcu ulży jej cierpieniu. Westchnęła i pozwoliła łzom spłynąć po twarzy. Odwróciła się, nie mając pojęcia co teraz robić, a wtedy jej wzrok padł na drzwi. Zesztywniała, sama nie wiedząc nawet czemu.
 Ale potem sobie uświadomiła co było tego powodem. Od kiedy w jej kuferku były drzwi?! Wyglądały całkiem zwyczajnie i niewinnie. Proste z gładko wypolerowanego wiśniowego drewna... Podeszła niepewnie i nacisnęła klamkę. Uchyliła je odrobinkę, po czym wyjrzała. Za nimi rozciągał się las. Widziała go już kiedyś. Przeszła przez próg i zamknęła za sobą drzwi. Przez chwilę jeszcze widziała ich kontur, ale i on zaraz rozpłynął się w powietrzu. To była droga bez odwrotu. Dziewczynie nie pozostało nic innego jak ruszyć przed siebie.
 Jakieś kilkaset metrów dalej dostrzegła wzgórze, a na nim ogromną sosnę. Coś jej mówiło, że nie powinna tam być, dlatego czym prędzej skierowała się w dokładnie przeciwną stronę. Szła dosyć szybkim krokiem, chcąc uciec od tego dziwnego uczucia, które nie było zbyt przyjemne.
 Jednak to co pojawiło się przed nią było o stokroć gorsze od tego. Była to skórzasta, skurczona wiedźma o straszliwej twarzy, skrzydłach nietoperza i groteskowych szponach zamiast stóp. W łapie trzymała ognisty bicz nabijany kolcami.
 Zszokowana Elsa nabrała gwałtownie powietrza, zwracając tym samym na siebie uwagę stwora. Potwór zaskrzeczał przeraźliwie i ruszył w jej stronę. Przerażona dziewczyna odwróciła się na pięcie, po czym zaczęła biec najszybciej jak mogła. Pędziła przed siebie jakby od tego zależało jej życie.
 W sumie tak było.
 Tym razem popędziła prosto na sosnę. Może i czuła, że to nie jest jej miejsce, ale jednocześnie wiedziała, że tylko tam może znaleźć ratunek. Będąc jakieś kilkadziesiąt metrów od celu, potknęła się o wystający korzeń i upadła. Coś chrupnęło jej w kostce i nogę zalała fala ostrego bólu. Jęknęła bezgłośnie.
 Rozległ się kolejny ryk stwora i poczuła jak coś rozrywa jej plecy. I kolejny raz. I znowu. A potem ostre pazury wbiły się jej w bok i przewróciły ją na plecy, powodując kolejną falę cierpienia, jednak ciemnowłosa nie była w stanie wydać z siebie nawet najcichszego dźwięku. Szpony przeorały jej twarz.
 Nagle ciosy przestały na nią spadać, a zamiast tego poczuła jakby coś niby piasek wysypało się na nią. Opuściła ręce, którymi się zasłaniała i zobaczyła nad sobą szare tęczówki. Elsa wydała z siebie coś na kształt jęknięcia, kiedy ich właścicielka zaczęła badać jej rany. Dziewczyna o chmurnych oczach zagwizdała przeciągle.
 - Chodźcie! Mamy ranną! - zawołała, ale Strażniczka słyszała to jakby przez ścianę. Jej powieki były takie ciężkie...
***
 - Jack, wyjdź, proszę - powiedziała Ząbek, pukając do drzwi pokoju, który zajmował Frost podczas pobytu w Bazie.
 Jednak chłopak jej nie odpowiedział.
 - Jack, proszę... - końcówka jej wypowiedzi zmieniła się w szloch. Zając podszedł do niej i położył jej futrzastą dłoń na ramieniu - Dlaczego Elsa znowu uciekła? Dlaczego próbowała się zabić? - głos kobiety-kolibra brzmiał połaczliwie. Po jej policzkach spływały łzy.
 - Asmodeusz ją złamał - odparł cicho Strażnik Nadziei
 - Co z Mrokiem? - spytała ledwo słyszalnie. Słudzy Księżyca już zaczynali akceptować fakt, że Pitch także został wybrany. Jednak tylko Toothiana potrafiła się zdobyć na troskę o niego. To Elsa go wprowadziła do ich grona, a Księżyc zaakceptował ten wybór.
 - Odkąd się dowiedział, siedzi i wpatruje się w ścianę - powiedział Szarak - Jeśli uda nam się odnaleźć Elsę, wszystko wróci do normy. Musimy tylko ją znaleźć - próbował ją pocieszyć
 - Nie wiem, czy to wystarczy. - westchnęła Zębuszka - Asmodeusz musiał zrobić jej coś strasznego, że odeszła...

niedziela, 6 marca 2016

Rozdział 7 - Droga, Wiki...

 Ząbek była naprawdę zdziwiona, gdy udało jej się w końcu znaleźć Pitcha i Piaska. Oboje leżeli nieprzytomni na podłodze, a pomiędzy nimi...
 Zębowa wróżka widziała ją w takim stanie zaledwie kilka razy. Ciemnobrązowe włosy rozsypały się jej na posadzce, opalona skóra mimo wszystko była blada... dziewczyna nie miała na palcu pierścionka, jednak Strażniczka Wspomnień nie zwróciła na to uwagi. Pisnęła z radości na całą Bazę, ściągając przy okazji Northa i Zająca. Tylko Jack został u siebie wraz z Roszpunką, która próbowała go uspokoić.
 - Elsa? - wykrztusił zaskoczony Mikołaj - Zając, weź ją do skrzydła szpitalnego, a ja spróbuję dobudzić chłopaków - polecił. Szarak nadal był w szoku, ale wykonał polecenie. Mężczyzna natomiast potrząsnął solidnie śniącymi, jednak oni byli pogrążeni w zbyt głębokim śnie.
***
 - Niech ktoś znajdzie Jacka - powiedziała Toothiana - Ja się nią zajmę. - Strażnicy pokiwali głowami i wyszli, udając się na poszukiwanie ducha zimy. Musiał się dowiedzieć, że Elsa została uwolniona. Zasługiwał na to. Każdy widział, jak bardzo kocha dawną władczynię Arendell. Łatwo było też zauważyć jak bardzo wyniszcza go jej nieobecność.
 Zębuszka spojrzała na pogrążoną we śnie brązowowłosą. Nie był to spokojny odpoczynek. Co chwila po jej pobladłej twarzy przebiegał grymas. Nagle się uspokoiła, a jej powieki zatrzepotały. Z ust wyrwało się jej stęknięcie, a potem otworzyła do końca oczy.
 - Obudziłaś się - uśmiechnęła się szczęśliwa - Tak się o ciebie martwiliśmy... - dziewczyna podniosła się do pozycji siedzącej, ale Ząbek szybko złapała ją za ramiona. Elsa drgnęła pod wpływem jej dotyku i spojrzała na kobietę niepewnie. Wręcz z lękiem - Nie powinnaś się przemęczać.
 - Mogę... w pokoju? - zapytała ledwo słyszalnie. Jej głos brzmiał słabo i płaczliwie, ale wróżka uległa, widząc to błaganie w jej oczach. Pomogła ciemnowłosej wstać oraz zaprowadziła ją do właściwego pomieszczenia.
 - Tylko musisz poleżeć - zastrzegła kolibrzyca. Strażniczka Wiary pokiwała niemrawo głową i skierowała się w stronę łóżka. Zębuszka posłała jej dobrotliwy uśmiech, ale ta odwróciła wzrok.
 Toothiana nie wiedziała co się jej stało, ale przeczuwała, że to nic dobrego. Elsa unikała jakiegokolwiek kontaktu wzrokowego czy fizycznego. Jakby nie potrafiła go znieść. Jack zdecydowanie powinien z nią porozmawiać. Może Asmodeusz znowu jej coś zrobił i dlatego tak się zachowuje? Cokolwiek to spowodowało, mocno odbiło się na jej psychice.
***
 Elsa nie wiedziała co robić. Z nerwów trzęsły się jej dłonie. Miała świadomość, że teraz zawołają Jego, a ona nie była pewna, czy potrafi choć przebywać z nim w jednym pomieszczeniu. Wspomnienie jak całował Annę na jej oczach nadal było zbyt świeże.
 Rozejrzała się po pokoju. Wszystko leżało na swoich miejscach, jakby nikt niczego nie dotykał od jej odejścia. Może rzeczywiście tak było. Jej wzrok padł na laptopa i zdecydowała.
 Otworzyła klapę i włączyła urządzenie. W międzyczasie znalazła swoją niemal bezdenną torebkę i wrzuciła do niej kilka kompletów ubrań oraz trochę kosmetyków. Nie zapomniała także o wyciągnięciu ze skarbonki pieniędzy. Może i mogła stworzyć je w każdej chwili, ale tak czuła się normalniej. Przysiadła przy komputerze i zalogowała się na Facebooka. Na szczęście Wika była dostępna.
 ~Elsa: Mogłabym wpaść do ciebie na trochę?
 ~Wiktoria: Jasne, nawet nie musisz pytać, Elsuś
 Strażniczka westchnęła. Kinga kiedyś wymyśliła jej to przezwisko z czystej złośliwości i jakoś już tak zostało. Z czasem nawet się przyzwyczaiła.
 Wzięła do ręki notatnik i szybko nagryzmoliła krótki liścik, po czym wyrwała kartkę i złożyła ją kilka razy. Zostawiła wiadomość na łóżku, a następnie wyciągnęła z szafki ostatnią kulę Northa, jaką miała. Wyszeptała miejsce, do którego chciała się udać i rzuciła nią o podłogę. Włożyła do torebki jeszcze tylko skrzypce, a potem przeszła przez portal.
***
 Wiktoria akurat robiła kawę. Wiadomość od Elsy ją ucieszyła, bo dawno się nie widziały. No, ale Strażniczka raczej ma też swoje zajęcia, a nie tylko szkołę. Mimo to jednak stęskniła się za tą szatynką. Przez te kilka miesięcy bardzo się zaprzyjaźniły.
 Nagle w całym mieszkaniu zabrzmiał dzwonek.
 - Już idę! - zawołała dziewczyna, odstawiając delikatnie kubek z trójwarstwowym latte, które tak bardzo lubiła Królowa Lodu. Wiktoria otworzyła drzwi z uśmiechem, który zaraz znikł, jak tylko zobaczyła w jakim stanie jest jej przyjaciółka - Boże, Elsa, co się stało? - spytała zaniepokojona, wpuszczając ją do środka. Zaprowadziła ją szybko do salonu i przyniosła im obydwu kawy, po czym usiadła na przeciwko dawnej władczyni Arendell.
 Córka zimy nie wyglądała zbyt dobrze. Jej złote oczy pozbawione były blasku, a pod nimi uwidoczniły się wory. Twarz miała pobladłą, a włosy potargane. Wbrew pozorom Elsa zawsze dbała o swój wygląd, więc to jeszcze bardziej zestresowało zielonooką.
 Przez chwilę popijały bogaty w kofeinę napój, aż Strażniczka zebrała się na odwagę, by się odezwać.
 - Jack mnie zdradził - wyszeptała. Jej ciałem wstrząsnął spazm szlochu, a z oczu popłynęły łzy. Zszokowana Wiktoria objęła ją, pozwalając by wypłakała się w jej bluzkę.
 - Shhhh... spokojnie, Elsuś - powiedziała łagodnie, głaszcząc ją po włosach - Dupek nie był ciebie wart. - warknęła, a potem lekko ją odsunęła od siebie i zapytała - Co to za suka, która z nim jest?
 - Nie mów tak o niej - zaprotestowała słabo, pociągając nosem - Po mojej śmierci, Jack zaczął pocieszać się z Anną i dorobili się dwójki dzieci. Ona wyszła za Krostoffa i blondyn myśli, że maluchy są jego, ale to nie przeszkodziło im w byciu kochankami. I przez ten czas nawet słowem o tym nie wspomniał! - zaszlochała - Całował się ze mną, udając, że nadal mu na mnie zależy, żeby potem polecieć sobie do Anki!
 - Spokojnie, jakoś to będzie - pocieszała ją Wika - Jak ci o tym powiedział?
 - Nie przyznał się sam - mruknęła, ocierając twarz - Dzień po bitwie, w której go ocaliłam, podsłuchałam jego rozmowę z Anną. Nie zrobiłam tego specjalnie, po prostu... tak jakoś poczułam, że muszę go zobaczyć i... Księżycu... Anka panikowała, że się dowiem o dzieciach, a on ją pocałował - zaczęła jeszcze głośniej szlochać - Powiedział... ż-że nie może... nie może mnie kochać, b-bo jestem... taka jak on - wykrztusiła z trudem - Jemu się tylko zdawało... bo jestem... tak do niej... podobna... - łkała
 - Spokojnie, Elsa. Weźmiesz sobie mały urlop i u mnie zostaniesz, Księżyc zrozumie - przerwała jej Wiktoria - Ale teraz powinnaś sobie poleżeć, zdrzemnąć się chociaż na chwilę... nie pozwolę, żeby się do ciebie zbliżył. - czarnowłosa postawiła ją na nogi i pomogła jej przejść do swojej sypialni. Tam położyła ją do łóżka i okryła kołdrą. Strażniczka skuliła się, cały czas popłakując. Zielonooka usiadła koło niej i zaczęła uspokajająco głaskać ją po głowie. Szlochająca dziewczyna wtuliła się w nią - Nawet cię nie dotknie za to co zrobił - obiecała
***
 Elsa mieszkała u Wiktorii już tydzień. Siedem dni, w ciągu których już nie odezwała się nawet krótkim słówkiem. Po prostu patrzyła się w ścianę i płakała. Drugiego dnia, gdy Wika wróciła ze szkoły, zastała ją ze żyletką w dłoni i zakrwawioną ręką. To był pierwszy raz, kiedy coś sobie zrobiła. Po tym wypadku ciemnowłosa ukryła przed nią wszystkie ostre przedmioty jakie miała, ale złotooka wtedy z braku innych możliwości drapała się do krwi. Na to także Wiktoria znalazła sposób, obcinając jej paznokcie i spiłowywując je na okrągło. Potem Elsa uderzała we wszystko co miała pod ręką, nabijając sobie dziesiątki siniaków. Wika już nie wiedziała co zrobić ze zrozpaczoną przyjaciółką. Bała się, że kiedy kolejny raz wróci do mieszkania, zastanie ją martwą. Przestała nawet chodzić do szkoły, by móc ją pilnować.
 Dziś ktoś zapukał do ich drzwi. Zmęczona zielonooka otworzyła je, nie spoglądając przez wizjer, kto tam stoi. I okazało się, że to błąd.
 - Wika, tu jest E... - Jackowi nie dane było skończyć, bo nagle rozbudzona dziewczyna spoliczkowała go tak, że aż się zachwiał. Ząbek, która mu towarzyszyła, pisnęła zaskoczona.
 - Jak śmiesz w ogóle wymawiać jej imię po tym co zrobiłeś! - krzyknęła wściekła
 - Wika, o co... - Wiktoria pchnęła go z całej siły, przerywając jego wypowiedź
 - Nie zbliżaj się do niej! - wrzasnęła
 - Wybacz - warknął chłopak, popychając ją i wbiegając do środka. Szybko odnalazł odpowiedni pokój, po czym wszedł do środka. Ale jedyne co zastał to otwarte okno z powiewającymi firankami. Elsa uciekła.
 Kiedy się odwrócił zobaczył przyjaciółkę córy zimy z jakąś kartką w dłoniach. W jej szmaragdowych oczach błyszczały łzy.
 - To wszystko twoja wina! - krzyknęła załamana - Zobacz co narobiłeś! - wyciągnęła w jego stronę papier. Jack wziął ją zdrętwiałymi palcami i zaczął czytać.
Droga Wiki,
 Wybacz mi, ale musiałam to zrobić. Wiem, że może wydawać Ci się to głupie, ale naprawdę nie daję rady. Dziękuję za wszystko co dla mnie zrobiłaś, że nie pozwoliłaś mi ze sobą skończyć. Pamiętasz jak znalazłaś mnie z poharatanymi nadgarstkami? Byłam o krok od zrobienia ostatniego cięcia, tego które przyniosłoby mi ulgę na zawsze, ale Ty interweniowałaś.
 Przepraszam, że tyle przeze mnie zmarnowałaś czasu. Nie powinnam Ci mieszać w życiu.
 Postanowiłam, że odejdę. Nie próbuj mnie szukać i tak Ci się nie uda. Ukryję się tak, że nikt, nigdy mnie nie odnajdzie.
 Jeszcze raz przepraszam i dziękuję Ci za wszystko.
Elsa
 - Wynoś się stąd i nigdy nie wracaj! - wrzasnęła Wiktoria, wrzucając go za drzwi. Nawet nie zaprotestował, był w zbyt wielkim szoku.

wtorek, 12 stycznia 2016

Rozdział 6 - Nie znowu...

 Dziewczyna właśnie rozczesywała swoje złote pukle, gdy z kąta jej ogromnego, pełnego obrazów i malowideł pokoju wyłonił się mężczyzna o kruczoczarnych włosach. Blondynka otworzyła szeroko oczy z zaskoczenia. Jej palce mocniej zacisnęły się na fioletowej szczotce.
 - Po co przybyłeś? - spytała, w duchu gratulując sobie, że głos jej nie zadrżał.
 - Jesteś potrzebna w Bazie - oznajmił, rzucając jej jedną z kul Northa. Roszpunka odruchowo ją złapała, po czym zmierzyła ją wzrokiem, marszcząc brwi. Spojrzała pytająco na Mroka - Założyłem, że nie zgodzisz się na podróż cieniami, więc wziąłem ci inny środek transportu.
 - Trudno zaprzeczyć - mruknęła pod nosem - Co takiego się stało? - zapytała głośno
 - Jack jest prawie martwy, Elsa została uwięziona w pozytywce, a poza tym to wszyscy cali - odparł Pitch
 - Jack umiera?! - pisnęła spanikowana - Muszę się tam jak najszybciej dostać! - chciała już rzucić kulą, ale Mrok złapał ją za rękę.
 - On nie u-mie-ra - zaakcentował każdą sylabę. Dziewczyna spojrzała na niego nierozumiejącym wzrokiem. Mężczyzna puścił już jej dłoń. - On już właściwie nie żyje, ale nie może umrzeć dopóki Elsa jest uwięziona. On jest jedynym powodem, dla którego jeszcze nie rozbiłem tej przeklętej pozytywki.
 - Aha... - mruknęła - Ale i tak powinnam się tam szybko dostać. Baza Northa! - zawołała, ciskając śnieżną kulę. Tym razem Strażnik jej nie powstrzymał. Blondynka błyskawicznie wskoczyła w portal, na co Pitch zareagował westchnieniem. Księżniczka Korony miała według niego zdecydowanie zbyt dużo energii. Ze znudzoną miną przeszedł przez cień.
 Dziewczyna już tam była. Klęczała przy sofie, na której leżał Jack opleciony jej złocistymi włosami i śpiewała.
 - Ulecz każdą z ran
 Odmień losu
 Co stracone znajdź
 I zwróć mi dawny skarb
 Mój dawny skarb
 Białowłosy chłopak nawet nie drgnął, chociaż jego rany już całkiem się zasklepiły, a on sam wyglądał jak dawniej. Zdeterminowana księżniczka zaśpiewała jeszcze raz. I kolejny. Dopiero za trzecim razem Strażnik zaczął wykazywać jakieś akcje życiowe. Ciche sapnięcie uciekło z pomiędzy jego warg.
 Uradowana dziewczyna nie przerwała śpiewu, a wręcz włożyła w niego jeszcze więcej mocy. Jej głos nabrał pewności i siły. Strażnicy nagle odzyskali wigor, otaczając ową dwójkę półkolem. Nawet Mrok do nich podszedł.
 Przy dziesiątym powtórzeniu utworu powieki chłopaka zatrzepotały. Z trudem je otworzył i zaraz zamknął, oślepiony jasnym światłem. Jęknął cicho, zasłaniając ręką oczy. Roszpunka pisnęła z ekscytacji i przytuliła białowłosego. W niecałą  sekundę dołączyła do nich Ząbek.
 - Hej, spokojnie! - wychrypiał Jack - Zaraz mnie tu udusicie! Ej, ja wiem, że jestem boski, ale bez przesady! Dziewczynę mam!
 - Pewnie byłaby zadowolona gdyby to usłyszała - powiedział Pitch - Szkoda, że nie ma jak.
 - Nadal jest obrażona za tą akcję z Wiką i Kinią? - zapytał Strażnika Odwagi. Na te słowa Roszpunka i Ząbek wypuściły go z objęć.
 - Czekaj... co? - spytał Zając - Naprawdę umknęło ci, że chwilowo jest śnieżną kulą? - z twarzy Frosta zniknął uśmiech
 - Jak to? - potrząsnął lekko głową - O co ci chodzi? Przecież właśnie ją... chwila, dopiero co byliśmy na Berk... - przeczesał palcami włosy. Zgromadzeni spojrzeli po sobie, tocząc niemą walkę. Pitch westchnął zrezygnowany i powiedział:
 - Gdy byliśmy u wikingów, dostaliśmy informację o napadzie na Norę, Zębowy Pałac i Bazę. Walka toczyła się już tylko tu, domy Ząbek i Zająca była zniszczone. Niestety ty jak ostatni idiota poleciałeś prosto na Asmodeusza. - Mrok przewrócił oczami - Sytuacja zrobiła się dla ciebie groźna, bo Emma już cię obezwładniła, ale do akcji wkroczyła Elsa. Jednak trochę za mocno przyszalała z magią i straciła przytomność. Zanim zdążyliśmy zareagować, zastała porwana. Parę tygodni później udało nam się dostać do Cytadeli. Rozmowa z gospodarzem skończyła się tym, że wszyscy wylądowali oddzielnie, a ty z Elsą zmienioną w pozytywkę na pustyni. Jak już ściągnąłem wszystkich do Bazy byłeś właściwie martwy. Jedyne co cię trzymało przy życiu to owy bibelot. A właśnie teraz zostałeś przywrócony do świata. Jakieś pytania?
 - Tylko jedno. CO?! Nie, to niemożliwe... North - chłopak spojrzał z nadzieją na Strażnika - On robi sobie ze mnie żarty, prawda? Błagam cię, powiedz, że to nieprawda...
 - Jack... - tylko tyle udało się wykrztusić Świętemu Mikołajowi. Mrok pokręcił głową zrezygnowany i rzucił mu pozytywkę. Trochę nieostrożnie się z nią obchodził, ale Elsa nie mogła tego poczuć. Jedyne co w niej zostało to świadomość istnienia.
 Białowłosy odruchowo złapał przedmiot i spojrzał na niego nierozumiejącym wzrokiem. Jego palce zbielały, gdy zacisnął je kurczowo na bibelocie, jakby to była jego jedyna deska ratunku. Oczy mu się zaszły łzami.
 - Nie - oddech uwiązł mu w gardle - Nie... - powtórzył, a po policzku spłynęła mu słona kropla - Nie znowu... - wyszeptał. Czarny Pan położył mu dłoń na ramieniu. Jack podniósł na niego zeszklone oczy, a po chwili wyciągnął w jego stronę drżącą rękę z pozytywką - Ufała ci... - jego słowa były niewiele głośniejsze od szeptu - Kochała cię... dlatego to ty powinieneś się zająć nią. - wcisnął mu w dłoń bibelot i ruszył przed siebie. Po chwili zniknął w plątaninie korytarzy Bazy. Ząbek zaszlochała cichutko.
 Mrok patrzył się chwilę zaskoczony w pozytywkę. Nie za bardzo mógł uwierzyć, że Jack mu ją oddał. Nie widział sensu w jego działaniu. Dlaczego to zrobił, skoro mógł zatrzymać figurkę Elsy dla siebie?
 - Piasek, chodź na chwilę - zwrócił się Czarny Pan do niskiego ludka. Strażnik Snów uniósł brwi, zaskoczony jego prośbą, po czym poszedł za nim do dawnej komnaty platynowłosej.
 Pokój był urządzony w bogaty, a zarazem prosty sposób. Powierzchnie miał na pewno większą niż pomieszczenia przeznaczone dla pozostałych Strażników. Na ścianach panował błękit zmieszany z bielą w wzorze podobnym w równym stopniu do fal jak i do dymu. Po lewej stronie stało ogromne łóżko z niebieską pościelą. Obok niego była rzeźbiona szafa z ogromnym lustrem. Natomiast na przeciwko łoża stało biurko, a kawałek w lewo dobrze zaopatrzona biblioteczka z kilku regałów.
 Pitch usiadł na krześle obrotowym przy blacie i w zamyśleniu musnął palcem rysunki, które tam wisiały. Elsa miała talent do wychwytywania chwil tak, że jej rysunki potrafiły prowokować emocje. Jego wzrok powędrował na drugą stronę pomieszczenia. Było tam coś w rodzaju salki baletowej. Kąt był obstawiony dwoma lustrami z poręczą. Nadal były tam baletki, w których ćwiczyła, tuż obok lodowych skrzypiec.
 Piasek podleciał do obklejonej rysunkami ściany nad biurkiem i zaczął się przyglądać jednemu z nich. Przedstawiał mężczyznę łudząco podobnego do Mroka, tulącego do siebie małą dziewczynkę. Mała wpatrywała się w niego, a jej oczy błyszczały z radości. Jednak w tej scenie było coś niepokojącego, jakby ta scena odgrywała się tuż przed tragedią. Może to przez to lekkie wykrzywienie ust mężczyzny, a może jego odrobinę zmarszczone czoło? Albo ten kurczowy uścisk, jak gdyby miał jej już więcej nie zobaczyć...
 Ludek spojrzał pytająco na Pitcha, ale ten zignorował to. Mrok zaciskał palce na pozytywce, całą swoją wolę skupiając na ujarzmieniu emocji. Wiedział, że nie może pozwolić sobie na nadzieję, bo to go złamie. Zbyt dobrze znał kręte drogi losu, który zawsze odbierał mu to co najdroższe i patrzył jak stara się pozbierać. Odezwał się dopiero, gdy udało mu się oddzielić od uczuć.
 - Możliwe, że połączenie naszych mocy będzie w stanie ją uwolnić - powiedział pustym głosem. Piasek podleciał do niego szybko i położył dłoń na pozytywce. Jego spojrzenie było tak przepełnione nadzieją, że Książę Koszmarów ledwo je wytrzymywał.
 Czarny piasek łączył się ze złotym, tworząc niezwykłe zawijasy na szklanej powierzchni, ale prócz walki o dominację magii nic się nie działo. Strażnik Snów położył dłoń na ręku Pitcha i razem skupili się na połączeniu światła i ciemności. Mrok syknął cicho z bólu. Moce nie chciały się zmieszać za żadne skarby, ale oni byli uparci. To co robili wywoływało w nich ogromne cierpienie, jednak nie rezygnowali.
 Jeszcze tylko chwilę, tylko momencik, przekonywali się w myślach, Dla niej warto.
 Nagle Strażnicy poczuli jak magia ich opuszcza, jak gdyby coś zaczęło ją wciągać w zastraszającym tempie. Oboje próbowali przerwać to dziwne połączenie, jednak na marne. Siły powoli ich opuściły, a wraz z nimi świadomość.

~*~

Wybaczcie, że tak krótko, ale i tak ledwo to napisałam.
Za to jutro zostanę podwójnie zamordowana,
a w trakcie wywiadówki to chyba ucieknę z domu ;-;
Wie ktoś jak obłaskawić bestę, znaczy mamę?
Bo tak jakby mam kilka trój, a ona będzie wściekła...
Pomóżcie, bo jak umrem, to wam nic więcej nie napiszę .-.

niedziela, 29 listopada 2015

One-shot przeprosinowy

To jest one-shot przeprosinowy, bo... no, napisałam go w ramach przeprosin :)
~*~
 Cześć! Jestem Emana. Pierwsza "normalna" córka moich rodziców. Mówię "normalna", bo gdy pierwszy raz się całowali to powstał ogromny bałwan, którego mama lubi pieszczotliwie nazywać "synkiem" albo "Pianką". Zaś do mnie zwraca się często "Płatek".
 Ojciec uważa, że wyglądem wdałam się w matkę. Właściwie to ma sporo racji, bo można powiedzieć, że jestem kopią mamy, ale w innych nieco kolorach. Moje włosy mają odcień złamanej bieli; nie tak platynowe, jak mamy, ale też nie tak białe jak taty. Cerę mam alabastrową, lecz z delikatnie zarumienionymi policzkami. Jednak kolor oczu mam taki jak tata, odziedziczyłam po nim nawet tą ledwo widoczną śnieżynkę na tęczówce. Ubieram się raczej prosto, w suknie o ciemniejszym kolorze niż mamy. I mam nawyk gubienia butów. Niespecjalnie, po prostu jak gdzieś usiądę, to najczęściej potem już idę bez pantofli i nawet tego nie zauważam.
 W ogóle to o tacie wiem sporo. Umarł w obronie siostry i w nagrodę Księżyc powołał go do drugiego życia. Mówił, że moje imię pochodzi od niej właśnie.
 Za to mama nie lubi mówić o przeszłości. Ba, nienawidzi o tym rozmawiać. Z czasów przed moimi narodzinami znam tylko jeden epizod z jej życia - poznanie taty. Ale tylko raz słyszałam tą historię.
 - Leciałem sobie spokojnie w górach, gdy zobaczyłem kobietę, brnącą przez śnieg. Zrobiło mi się jej żal, kiedy zobaczyłem tą pełną bólu twarz - mówił tata - Normalnie nie zwracałem uwagi na dorosłych, ale w niej było to coś, co nie pozwoliło mi tak po prostu jej zostawić. Posłałem do niej trochę zaczarowanego śniegu by uspokoić swoje sumienie i dalej szybowałem sobie na plecach.
 Nagle coś miękkiego pacnęło mnie w tył głowy.
 - Co do...! - otworzyłem gwałtownie oczy i zobaczyłem jasnoniebieską rękawiczkę. Zirytowany machnięciem posłałem ją daleko od siebie. Wróciłem do spokojnego lotu.
 Po chwili zaplątałem się w purpurowe coś, co okazało się peleryną. Zakląłem pod nosem i już płaszczyk leciał do rękawiczki. Niezadowolony spojrzałem w dół, na tą kobietę.
 Platynowłosa nieznajoma z uśmiechem na twarzy patrzyła za siebie, śpiewając.
 - Zobaczę dziś, czy sił mam dość - po tych słowach zamachnęła się i stworzyła lodowe schody. Wytrzeszczyłem oczy z zaskoczenia. Były piękne - By wejść na szczyt odmienić los! I wyjść zza krat jak wolny ptak... o tak!
 Podleciałem do niej zadziwiony.
 - Jesteś taka jak ja... - wyszeptałem, ale nie usłyszała mnie. Tupnęła z całej siły w śnieg, a spod jej buta błysnął lód formując się w ogromną śnieżynkę.
 - Wreszcie ja, zostawię ślad! Co tam burzy gniew... - wzniosła ręce i wokół niej zaczął rosnąć pałac. Właśnie ten,  w którym teraz mieszkasz. Rozglądałem się zachwycony jak twoja matka kształtuje lód, z jaką łatwością przychodziło jej tworzyć tak skomplikowane wzory i jednocześnie śpiewać. Jej delikatny głos niósł się chyba po całych górach. W słowach jej pieśni była też zawarta obietnica:
 - Nie zrobię kroku w tył, nie spojrzę nigdy wstecz! Mam tę moc, mam tę moc! Z nową zorzą zbudzę się! Mam tę moc, mam tę moc! Już nie ma tamtej mnie! Oto ja stanę w słońcu dnia!
 Gdy zmieniła swoją starą kieckę, która skrywała dokładnie jej ciało, i tego sztywniackiego koka, zobaczyłem jak piękna jest. Wierz mi, różnica była ogromna...
 I właśnie w tym momencie mama weszła do komnaty. Była wściekła, gdy usłyszała o czym mi opowiadał tata.
 - Musimy porozmawiać, kochanie - warknęła, podpierając się pod boki. Pierwszy raz widziałam ją tak rozzłoszczoną, zazwyczaj była bardzo miła. Nigdy nie podniosła na mnie głosu, nawet jak w napadzie złości zdemolowałam całą jadalnię.
 Ale nienawidziła rozmów o jej przeszłości. Tata mówił, że chciała po prostu zapomnieć o bólu z dawnych czasów. Często się zastanawiałam o co chodzi. Kiedyś nawet chciałam zapytać mamę wprost, jednak usłyszałam jej krzyk, który przeszedł w szloch i łagodny, uspokajający głos taty. Kiedyś zdarzało się to co kilka nocy, ale teraz tylko co parę tygodni.
 Dziś była sobota, czyli jak ja ją nazywałam Dzień Rodziców, bo przeznaczali ten czas tylko dla siebie. Mi to pasowało - mogłam przez całe szesnaście godzin latać bez czujnego wzroku ojca czy pouczeń matki na temat wychowania. To nie tak, że mi to przeszkadza, po prostu miło co jakiś czas pobyć tylko ze sobą. Mogłam lecieć właściwie wszędzie, tylko do tego jednego miasteczka, widocznego z balkonu naszego salonu, nie wolno mi było się zbliżać.
 Nigdy nie wiedziałam czemu nie wolno mi tam pójść. Miałam tylko podejrzenia, że chodzi o przeszłość mamy, bo kiedy o to zapytałam oczy taty od razu powędrowały do niej. Zresztą i on nerwowo reagował na choćby niewinne wzmianki o tym.
 Kiedyś znalazłam dziwny przedmiot wykonany z błyszczącego złotego metalu z pojedynczym błękitnym kryształem. Wyglądem kojarzył mi się z krokusem. Zaciekawiona pokazałam go tacie, pytając co to jest, ale on zaraz mi to zabrał i wyrzucił przez okno, mówiąc że to nigdy nie powinno trafić w moje ręce. W najbliższy Dzień Rodziców wygrzebałam go ze śniegu i ukryłam w moim lodowym domku.
 Właściwie to była duża, a zarazem długa jaskinia, którą podzieliłam na pomieszczenia i odpowiednio wyposażyłam. Nie chciałam wchodzić mamie i tacie w drogę podczas ich dnia, dlatego na ten czas przenosiłam się tam. Zgromadziłam sobie zapasy jedzenia, oczywiście zamrożonego by się nie zepsuło, i kilka co ciekawszych książek. Miałam tam podręczniki, które tata zwinął jakimś dzieciakom z Burgess. Mama powiedziała, że jako jej córka nie mogę nie mieć choćby podstawowej wiedzy. Nie za bardzo rozumiałam o co jej chodzi, ale grzecznie czytałam co kazała i uczyłam się od taty różnych języków. To ostatnie szło mi wspaniale, bo po nim odziedziczyłam zdolności lingwistyczne. A właśnie, wspominałam, że mój ojciec jest duchem, a matka człowiekiem? Nie? No to już wiecie.
 Koneksje rodzinne zapewniały mi władanie lodem, śniegiem oraz wiatrem, szybkie dorośnięcie i nieśmiertelność. Zresztą cała nasza trójka miała przed sobą wieczność; mama z nieznanych nam powodów także przestała się starzeć. Tata uważa, że Księżyc maczał w tym swoje świetliste palce.
 Dobra, zboczyłam z tematu. Dziś była sobota. Jedyny dzień, kiedy nikt mnie nie pilnuje, więc czy jest coś dziwnego w tym, że właśnie dziś zdecydowałam się polecieć do Zakazanego Miasteczka? Chyba każdy by tak postąpił.
 Z samego rana poszłam do swojego domku i zjadłam solidne jak na mnie śniadanie. Z posiłkami było u mnie jak ze snem - lekkie śniadanko i więcej nic mi nie potrzeba. Tak samo wystarczą mi trzy godziny snu. W każdym razie najadłam się i wyszukałam na dnie szafy maleńką torebkę, w której mieściło się niewielkie zawiniątko. Rozwinęłam delikatny materiał i moim oczom ukazało się owe metalowe coś.
 Nie wiedziałam co to jest, ani do czego służy, ale uznałam to za jakąś ozdobę. Z moich ustaleń wynikało, że nosi się ją na głowie; nigdzie indziej nie chciała się trzymać, a i tak trzeba mieć odpowiednią fryzurę. Stwierdziłam, że dopytam się ludzi w miasteczku, oni powinni wiedzieć.
 Przerzuciłam sobie przez ramię torebkę i podleciałam po cichu do okna lodowego pałacu. Musiałam się upewnić, że rodzicom nie przyjdzie do głowy polecieć gdzieś. Gdyby zobaczyli, że nie posłuchałam się ich, raczej nie byliby zbyt zadowoleni.
 Na szczęście byli sobą bardzo zajęci, dzięki czemu niebezpieczeństwo nakrycia znacznie zmalało. Wzbiłam się szybko w powietrze, kierując się do fiordu, gdzie było Zakazane Miasteczko. Znajdowało się ono spory kawałek od domu, więc dopiero po kwadransie zobaczyłam je.
 Nagle zwolniłam. Nie przemyślałam przecież co tam zrobię. Chciałam poznać przeszłość mamy, dowiedzieć się czym jest owy metalowy przedmiot w mojej torebce i co oznacza, jaka jest jego wartość dla mojej matki i czemu tata tak nerwowo zareagował, kiedy mu to pokazałam...
 Szybko porównałam budowę miasta do tego co znałam z książek. Najbardziej rzucał się w oczy ogromny zamek, chyba ze trzy razy większy od tego, w którym mieszkałam. Przed nim był spory plac, gdzie bawiła się grupka małych dzieci, pod opieką trójki starszych, mających pewnie około siedemnastu lat. Przy bramie stało dwoje strażników. Byli ubrani w mundury, składające się z długich, ciemnozielonych płaszczy z fioletowymi wzorami, czarnych kołnierzy oraz żółtym krokusem na karku, zapinane na dwa rzędy guzików. Do tego mieli czarne pasy, ze sprzączką w kolorze starego złota i wysokie czapki w tym samym kolorze co płaszcz z kwiatem wyszytym z przodu i czerwonym piórem z lewej strony. Na rękach mieli białe rękawiczki. Przez chwilę zastanawiałam się, czy nie jest im za gorąco, ale zaraz mi się przypomniało co mówił tata. Normalni ludzie szybko marzną.
 Wylądowałam pomiędzy domami, w zacienionej uliczce. Zimno śniegu muskające moje bose stopy nie było nieprzyjemne, wręcz przeciwnie, podobało mi się. Dziś miałam na sobie prostą suknię, podobną  do tej mamy, tyle że na krótki i nieprzezroczysty rękaw, bez błyszczącego gorsetu i w odcieniu bluzy taty. Lekko onieśmielona nowym miejscem, ale także podekscytowana przygładziłam materiał i ruszyłam na plac.
 Ludzie przyglądali mi się ze zdziwieniem pomieszanym ze strachem. Nie rozumiałam dlaczego jedna ze starszych kobiet na mój widok przeżegnała się. Jakiś mężczyzna potknął się, gdy tylko zobaczył moją twarz. O co tu chodzi?
 W końcu doszłam placu przed zamkiem. Tam od razu zauważyłam siedmio-, ośmioletnie dzieci obrzucające się śniegiem. Maluchy, widząc mnie, podbiegły. Piegowata dziewczyna o zielonych oczach przyjrzała mi się uważnie i zapytała:
 - Nie jest pani zimno?
 - Nie, ale dziękuję za troskę - uśmiechnęłam się do niej przyjaźnie
 - Mnie mama by nie wypuściła tak ubranej na ulicę. Zaraz bym zmarzła. - odparła - Pobawi się pani z nami? Prosimy! - pozostałe dzieci spojrzały na mnie z nadzieją. Nie potrafiłam im odmówić.
 - Dobrze - przytaknęłam z szerokim uśmiechem. Tak właściwie to jeszcze nigdy nie bawiłam się z innymi dziećmi - Kto ma ochotę na bitwę na śnieżki?! - zawołałam radośnie. Maluchy rozpierzchły się błyskawicznie po placu. Złapałam garść śniegu, która w moim ręku natychmiast stała się gładką kulą i rzuciłam w najbliższe dziecko. Brązowowłosy chłopczyk nie był mi dłużny i zaraz oberwałam w ramię białym puchem.
 Nasza zabawa trwała długo. Ani się obejrzałam, a zegar wybił trzecią. Razem z dziećmi usiadłam w kółku, śmiejąc się jeszcze trochę. Nie była zbytnio zmęczona, ale one ledwo łapały oddech, dlatego zrobiliśmy sobie przerwę. Wtedy przypomniałam sobie po co tu w ogóle jestem. Szybko wyciągnęłam z torebki zawiniątko.
 - Wiecie może co to jest? - spytałam maluchy, pokazując im jednocześnie to metalowe coś.
 - To korona! - zawołała rudowłosa dziewczynka, która, jeśli się dobrze orientowałam, miała na imię Olivia. Jej słowa przykuły uwagę przechodzącego mężczyzny, który zaraz do nas podszedł. Gdy zobaczył przedmiot w moich rękach jego oczy się zaokrągliły.
 - Niemożliwe... - wyszeptał. Natychmiast niemal odbiegł od nas i powiedział coś cichutko do straży przy bramie. Ci zaraz spojrzeli na mnie spod zmrużonych powiek i ruszyli w naszym kierunku. Trójka nastolatków szybko podeszła i zabrała swoich podopiecznych. Zmarszczyłam brwi zaskoczona ich reakcją.
 W tym czasie umundurowani mężczyźni o surowych twarzach zdążyli dojść. Ich miny nie wróżyły nic dobrego.
 - Jest panienka aresztowana pod zarzutem kradzieży jednego z insygniów władzy królewskiej. Do czasu przesłuchania, będzie panienka zamknięta w lochach.
 - Słucham? - zapytałam zaskoczona, ale strażnicy złapali mnie za ręce i zawlekli do zamku. Nawet nie próbowałam uciec, gdy zamykali mnie w celi, bo wiedziałam, że to nie ma sensu. Zaraz by mnie złapali i tylko na pytałabym sobie biedy. Koronę zabrał jeden z nich, mówiąc:
 - Módl się, aby cię na stracono za ten występek.
***
 Wiecie co stwierdziłam? Mam klaustrofobię. Naprawdę trudno było mi siedzieć w maleńkiej celi, z rękami zakutymi w dziwne kajdany, zakrywające całe dłonie. Te ściany są zbyt blisko... Samopoczucia nie poprawiało mi wspomnienie słów tamtego mężczyzny. Przecież nie ukradłam tej korony! Ona należała do mojej mamy... Chyba...
 Co jakiś czas przechodził przed celami kolejny mundurowy. Każdy, który miał na ramieniu dodatkowo białą przepaskę, mamrotał pod nosem "wiedźma", na mój widok. Nawet nie wiedziałam co to znaczy... ale mężczyźni nie posiadający tego dodatku w większości patrzyli na mnie z szokiem i niezrozumieniem. O co tu chodzi? Gapili się na mnie jakby wyrosła mi druga głowa albo trzecia ręka.
 Długo czekałam zanim ktoś zatrzymał się przy mojej celi. Pulchny mężczyzna nie był już młody. Miał jasne włosy, duży nos i ciemnorude włosy. Ubrany był na ciemnozielono. Jego oczy spoczęły na mnie, po czym zaczęły lustrować moją postać.
 - Panienko, co panienka tu robi? - zapytał, otwierając celę, a chwilę później moje kajdany. Rozmasowałam obolałe dłonie, delikatnie chłodząc obtarte nadgarstki.
 - Siedzę - mruknęłam
 - Niech panienka idzie ze mną, królowa na panienkę czeka - powiedział, prowadząc mnie przez korytarze
 - Nie ukradłam tej korony... - zaczęłam, ale mężczyzna mi przerwał
 - Wiem, panienko. Królowa pragnie panienkę przeprosić, aresztowanie panienki wydarzyło się bez jej wiedzy. Przepraszam, że pytam, ale gdzie panienka była przez te trzynaście lat? Co się stało po panienki ucieczce? - spytał zatroskany. Już miałam mu odpowiedzieć, że nie mam bladego pojęcia o czym mówi, bo trzynaście lat temu to moi rodzice jeszcze o dziecku nie myśleli, ale przerwał mi głos jakiegoś mężczyzny nadchodzącego z naprzeciwka.
 Miał na sobie purpurową koszulę, ciemnozielony garnitur z czarnymi łatami i naramiennikami oraz gładkie czarne spodnie z butami w tym samym kolorze. Jego intensywnie zielone oczy patrzyły na mnie pogardliwie spod kasztanowych włosów.
 - Ach, witam, witam! - klasnął w obleczone białymi rękawiczkami dłonie - Kogóż my tu mamy... czyżby nasza kochana wiedźma zaszczyciła nas swą obecnością po tylu latach? - zapytał zjadliwie
 - Generale! Panienka jest teraz gościem królowej, więc powinien ją pan traktować z należytym szacunkiem! - zgaił go rudowłosy mężczyzna
 - Może i jest gościem, ale to czarownica, Kaj - odparł tamten. Mój towarzysz wziął mnie pod ramię i ruszył. Szybko podążyłam za nim, ale musiał mnie podtrzymać, abym nie upadła. Spojrzałam pod nogi i zobaczyłam granatowy materiał. Dopiero po chwili zorientowałam się, że pochodzi z mojej sukni, teraz już sięgającej do połowy łydki. Generał widocznie "przypadkiem" nadepnął rąbek mej sukienki, obrywając u dołu kawał materiału. Za plecami usłyszałam jego złośliwy śmiech, ale nie odwróciłam się by nie dać mu tej satysfakcji.
 - Królowa już nie jest z nim zaręczona. Kiedy wyruszyła na poszukiwania panienki poznała mężczyznę, który ją szczerze kocha. - powiedział Kaj. Jakby to mnie interesowało! Chciałam tylko się dowiedzieć czemu ludzie tak dziwnie na mnie reagują.
 Już miałam się odezwać, gdy mój wzrok przypadkiem padł na okno. Było już ciemno i Dzień Rodziców dobiegał końca. Mam nadzieję, że nie będą wściekli jak się dowiedzą, że jestem w miasteczku...
 Dobra, powiem mu, zdecydowałam. Już, już otwierałam usta, gdy odezwał się Kaj:
 - Panienko, królowa czeka. - i otworzył przede mną drzwi. Chciałam zaprotestować, ale popchnął mnie lekko i zamknął pokój. I tak oto ostatnia droga ucieczki została odcięta.
 - Elsa! - usłyszałam głos i jakaś kobieta objęła mnie mocno - Boże, jak ja się o ciebie martwiłam! Gdzie ty byłaś przez te lata?! - odsunęła mnie na wyciągnięcie ręki, ale nadal nie puściła. Dopiero wtedy byłam w stanie ją zobaczyć. Przywodziła mi na myśl mamę, chociaż miała rude włosy. W sumie nie tyle rude, co o odcieniu truskawkowego blondu. Wyglądała na jakieś trzydzieści lat, ale jej błękitne oczy błyskały radością spod grzywki - Skrzywdzili Cię? Jesteś cała? Przepraszam za to aresztowanie, ci strażnicy są nowi, nie poznali Cię... dobra, ale musisz mi opowiedzieć gdzie byłaś! Szukałam Cię wszędzie! - dopiero wtedy mnie puściła - Siadaj i opowiadaj! - podsunęła mi krzesło i niemal pchnęła mnie na nie. Sama usiadła naprzeciwko. Jednak mimo tego co powiedziała, nie przestała mówić - Co ci się stało? Wyglądasz strasznie...
 Nagle uświadomiłam sobie jak mnie widzi. Potargane, rozpuszczone włosy, obszarpana do połowy łydki suknia, bose stopy... obraz nędzy i rozpaczy, jak to mówi mama.
 - Zresztą cała się zmieniłaś... na o wiele lepsze! Ale wyglądasz trochę jak zamarznięta. Naprawdę! Włosy masz strasznie białe, a cerę jeszcze bledszą niż w dniu koronacji. W ogóle nie widać już u ciebie piegów... i te oczy, takie lodowe... znaczy jak z lodu! Przepraszam, wiem, że strasznie dużo gadam, ale tyle cię nie widziałam... - urwała, żeby nabrać oddechu, a ja w tym czasie szybko wtrąciłam. Właściwie te słowa same wyszły z moich ust
 - Nie znam Waszej Wysokości
 - Słucham? - kobieta była wstrząśnięta tym co powiedziałam. Nie żebym ja była wiele mniej zdziwiona...
 - Ja... - zacięłam się - Nie wiem o kim Wasza Wysokość mówi. Nie nazywam się Elsa tylko Emana... - spojrzałam na nią błagalnie
 - Elsa, co ci się stało? - zapytała przerażona
 - Nie jestem Elsa! - udzieliło mi się jej rozgorączkowanie - Nie wiem kto to jest! Pierwszy raz jak żyję opuściłam pałac moich rodziców! Nigdy wcześniej tu nie byłam... - złapałam się za głowę - Dlaczego wszyscy biorą mnie za jakąś Elsę?! - jęknęłam
 Kobieta nagle się zgarbiła, jakby uszło z niej całe powietrze i spuściła głowę. Po policzku spłynęła jej łza. Siedziałyśmy tak w ciszy. Dopiero po kilku minutach cichy głos królowej przeciął powietrze.
 - Jesteś do niej taka podobna... - wyszeptała, ścierając słone krople z policzków. Podniosła głowę, odetchnęła głęboko i wstała. Podeszła do zasłoniętego czarnym materiałem obrazu. Niepewnie podążyłam za nią - Trzynaście lat temu odbyła się koronacja mojej siostry. Przed tym wydarzeniem nie miałam właściwie z nią kontaktu, nie wiedzieć czemu odwróciła się ode mnie, gdy miała pięć lat. - jej głos zrobił się melancholijny - Na balu po raz pierwszy z nią rozmawiałam od tego czasu. Ale kiedy powiedziałam, że chciałabym żeby tak było zawsze, odparła, że nie może. Odwróciła się i po prostu mnie zignorowała... - twarz królowej ściągnęła się w grymasie bólu - Byłam głupia - jej głos nagle nabrał twardości - Myślałam, że Hans mnie kocha i jeszcze tego samego dnia się zaręczyliśmy - w tonie kobiety można było dosłyszeć głęboką pogardę do samej siebie - Elsa od razu wiedziała, że coś jest nie tak, ale ja... nie chciałam tego przyjąć do wiadomości. "Nie wychodzi się za nieznajomego", mówiła, "Anno, co ty wiesz o miłości" - z jej gardła wydarł się cichy szloch - "Więcej niż ty" zarzuciłam jej wtedy "Ty zawsze tylko wszystkich odtrącasz" - po policzku spłynęła jej samotna łza - Odwróciła się i ruszyła do drzwi, ale ja chcąc złapać ją za rękę zerwałam jej rękawiczkę. To ją przeraziło. Pokłóciłyśmy się i już prawie wyszła... - urwała i objęła się ramionami, próbując zdusić spazmatyczny szloch - Krzyczałam... chciałam tylko... wiedzieć co zrobiłam nie tak. Dlaczego... dlaczego ona wiecznie ucieka, czego się tak boi... Dłużej nie wytrzymała i machnięciem stworzyła mur z sopli. - znieruchomiała, a jej głos na powrót stał się pusty - Była przerażona. Wybiegła z sali, a ja po chwili za nią. Nie zdążyłam jej już dogonić. Słyszałam krzyki na dziedzińcu, ale jedyne co zauważyłam to koniec jej purpurowej peleryny. Jedna z fontann była zamrożona, lód pokrywał także schody. Wołałam ją, prosiłam, by się zatrzymała, została, ale nic nie było w stanie jej zatrzymać. Gdy dobiegła do fiordu, ledwo się odwróciła w moją stronę, już biegła, a woda zamarzała pod jej butami. To był ostatni raz jak ją widziałam... - zaszlochała cicho, ale zaraz się opanowała i odsłoniła obraz - Jesteś do niej bardzo podobna.
 Mój wzrok padł na oprawione płótno i znieruchomiałam. Kobieta na nim miała zimno spokojną, poważną twarz. Ubrana była w ciemnoturkusową suknię z gorsetem i czarnymi rękawami oraz purpurową pelerynę, spływającą dostojnie z jej ramion. Na głowie miała misterny kok, a na nim koronę. W dłoniach trzymała złote przedmioty. Jednak mimo tej powagi, mimo że każdy element obrazu był idealnie odwzorowany, odnosiło się wrażenie, że kobieta się boi. Może to przez ten dziwny wyraz jej błękitnych jak lód oczu albo zaciśnięte odrobinę zbyt mocno ręce na insygniach? Trudno orzec. Ale mimo to ją rozpoznałam.
 - Mama... - szepnęłam bezwiednie
 Królowa widocznie usłyszała moje słowa, bo jej głowa błyskawicznie odwróciła się w moim kierunku.
 - Co powiedziałaś? - zapytała, marszcząc brwi
 - Na tym obrazie jest... moja mama - powtórzyłam zagubiona - Ale jak...? - pociągnęłam kilka białych kosmyków swoich włosów, nadal zaszokowana - Nie... to by się zgadzało! Dlatego nie pozwalała mi tu przychodzić! Bała się, że się wyda! Tata wyrzucił wtedy koronę, bo nie chciał, żebym się czegoś domyśliła! I nigdy nic nie mówiła o przeszłości... Ale to bez sensu - szarpnęłam się za włosy - Musiało być coś jeszcze! Koronacja musiała być punktem kulminacyjnym, ale coś musiało stać się wcześniej... Co takiego się stało? Co?!
 - Jesteś córką Elsy? - wykrztusiła
 - Tak. Nie wiem, chyba - przyznałam - Mama nigdy nie mówiła jak się nazywa - uświadomiłam sobie - Ani tata... mam dwanaście lat i nie wiem jak mają na imię moi rodzice - pomasowałam skronie, bo ta cała sytuacja przyprawiała mnie o ból głowy.
 - Elsa żyje?! - wykrzyknęła królowa, łapiąc mnie za ramiona. Miała strasznie ciepłe ręce.
 - Tak, ale...
 - Muszę się z nią zobaczyć! - pisnęła - Ona żyje! Przez te trzynaście lat powtarzali mi, że to niemożliwe, nawet odbył się symboliczny pogrzeb... Żyje!
 Nagle poczułam delikatny chłód. Zerknęłam w okno; zaparowało. No to klops...
 - Mnie tu nie było! - rzuciłam w jej kierunku i schowałam się za pierwszą rzeczą jaka przyszła mi do głowy czyli parawanem ustawionym w kącie.
 - Co się... - zaczęła kobieta, ale szybko ją uciszyłam syknięciem.
 Gwałtowny wiatr rozwarł okiennice, które uderzyły o ściany. Do pomieszczenia wdarło się zimno. I nie tylko ono...
 - Wiem, że tu jesteś, Emana! - zawołał mój ojciec - Nie tylko ty masz przodu u wiatru!
 - A ty to kto? - zapytała powoli władczyni Arendell - Jack Frost? - szepnęła
 - Ty mnie widzisz? - zdziwił się tata. Jednak szybko przeszedł do konkretów - Widziałaś może taką białowłosą dziewczy... Tu jesteś! - krzyknął z ulgą. Spojrzałam pod nogi i zobaczyłam lód. No tak, moja moc, tak jak mamy, aktywuje się pod wpływem emocji...
 Tata stanął obok, wyrywając mnie z zamyślenia.
 - O, cześć tato... nie zauważyłam cię - uśmiechnęłam się sztucznie, zasłaniając dłonią twarz by stłumić histeryczny chichot - Właśnie wracałam do domu... wiesz, późna godzina już, heh - bąknęłam, rumieniąc się lekko. Nerwowym ruchem poprawiłam sukienkę.
 Ojciec walnął się lekko otwartą dłonią w czoło i przejechał nią po całej twarzy.
 - Ile razy ci mówiłem, żebyś tu nie przylatywała? Będziesz miała szczęście jeśli matka się o tym nie dowie - westchnął
 - Sto trzydzieści dwa. I pół. Lawina ci przerwała.- mruknęłam - Ale tato...
 - Nie wiesz przypadkiem gdzie mieszka Elsa? - zapytała nieśmiało królowa - Taka platynowłosa z niebieskimi oczami...
 - Na szczycie Lodowego Wierchu - białowłosy machnął na nią ręką, po czym odwrócił się do niej z dziwną miną, zdając sobie sprawę z tego co zrobił - Jesteś Anna, tak? - zapytał z miną pełną obaw
 - Eee... tak? - przytaknęła niepewnie. Mój tata przejechał kolejny raz dłonią po twarzy w geście załamania.
 - Emana, połóż mi czasem kwiatki na grobie - jęknął żałośnie, waląc głową w najbliższą ścianę
 - Co? - zapytałam zdziwiona - Niby czemu?
 - Bo mnie twoja matka zamorduje jak się dowie! - krzyknął nagle wkurzony. Cofnęłam się zaskoczona. Tata nigdy się nie denerwował, wszystko obracał w żart. Ale gniew szybko z niego wyparował i pozostała rezygnacja - Obiecałem jej, że się nie dowiesz, że będę cię pilnował - powiedział, przeczesując palcami włosy - Chciała tylko zapomnieć o tej mieścinie, o tym co tu się stało... i wszystko się posypało - dopadły mnie straszne wyrzuty sumienia - Zerwałem wszystkie kontakty, by z nią zostać, porzuciłem dzieciaki by zostać jej i tylko jej Strażnikiem i to schrzaniłem - schował twarz w dłoniach. Nagle poderwał  głowę i rzucił do wiatru - Nie dopuszczaj nikogo do naszego pałacu. Emana idziemy - powiedział do mnie ostro - Twoja matka nie może się dowiedzieć gdzie byłaś i co tu zaszło, jasne?
 - Ale...
 - Bez dyskusji! - złapał mnie za ramię i wyciągnął siłą na balkon, skąd zabrał nas wiatr.
 - Tato! Tato, przestań! - krzyczałam próbując się wyrwać. W końcu udało mi się wyszarpnąć z jego uścisku - Tato, o co tu chodzi?! Co takiego się stało mamie?! - ojciec mierzył mnie chwilę stalowym wzrokiem, po czym odparł zimno:
 - Dwadzieścia sześć lat temu, kiedy twoja matka miała osiem lat, Anna poważnie nadużyła jej mocy do zabawy. Skończyło to się poślizgnięciem się Elsy i lodowym ciosem w głowę jej siostry. To przez nią twoja matka nie chce wracać do przeszłości - ostatnie zdanie wręcz wywarczał - Przez nią uważała się za potwora, a swoją moc za przekleństwo. Wiesz ile mi zajęło wykorzenienie z niej tego przekonania? Wiesz ile nocy spędziła płacząc za utraconym domem?! To zdarzenie nadal ją prześladuje!
 Spuściłam głowę zawstydzona. Nie wiedziałam co teraz powiedzieć, jak się zachować. Na szczęście z tego kłopotu wybawił mnie tata. Widząc moją reakcję, jego spojrzenie złagodniało, a on podszedł i mnie przytulił
 - Przepraszam, maleńka, nie chciałem na ciebie nakrzyczeć - wtuliłam się w niego jak mała dziewczynka. - Wiesz, że mamusia nie może się dowiedzieć, kochanie, dlatego ani słowa, że tam byłaś, dobrze?
 - Dobrze, tato - mruknęłam mu w ramię
***
 Minął już prawie tydzień. Sześć dni sztucznych uśmiechów, zapewnień, że wszystko dobrze, że nic się nie stało. Mama zauważyła, że coś się zmieniło, ale tata powiedział jej tylko:
 - Zabrałem ją do Burgess na zabawę z dzieciakami. Trochę ją przytłoczyła wiadomość, że ich zdaniem jest półprzezroczysta
 Tak naprawdę nigdy tam nie byłam, no ale co miałam zrobić? Przytaknęłam mu tylko, krzywiąc się delikatnie.
 Niby wszystko było jak wcześnie, ale... nie, wszystko było dokładnie tak jak wcześniej. To ja teraz zaczęłam zauważać więcej. Cienie pod oczami od koszmarów, maskowane jakimś kremem co miał ten sam odcień co jej skóra, zawahanie przed każdym użyciem mocy... rzeczy, na które wcześniej uważałam za normalne. Na początku tata obserwował uważnie każdy mój krok, by upewnić się czy nie odwiedzam siostrę mamy. Jednak już po trzech dniach zaniechał tych działań.
 A ja cały czas snułam plany. Jak sprowadzić tu królową Arendell bez wzbudzania podejrzeń? Na pewno pod nieobecność taty, on zaraz by mnie powstrzymał. No i muszę przekonać wiatr, by mi pomógł.
 Spojrzałam w okno. Był dopiero ranek, ale musiałam już zaczynać realizować swój plan. Od tamtego pamiętnego dnia minęły dwa tygodnie. Uznałam to za optymalny czas, aby tata stracił czujność. Ostatnie siedem wieczorów prosiłam wiatr, by pozwolił mi zabrać tu królową. Musiałam tylko dobrze wybrać moment, w którym polecę do Arendell, tak żeby wyrobić się przed powrotem ojca. Tata codziennie, a właściwie trzy razy dziennie, leciał do jakiegoś miasteczka bądź wsi, oczywiście nie do Arendell, i przynosił coś do jedzenie, dla mnie i mamy. Sam lubił czasem coś przekąsić, ale nie potrzebował tego. Tylko my dwie musiałyśmy coś jeść.
 Wyszłam na balkon i już miałam się wzbić w powietrze, gdy za plecami usłyszałam głos:
 - Dokąd się wybierasz? - mama patrzyła na mnie z zaciekawieniem. Na szczęście przygotowałam sobie wcześniej wymówkę.
 - Chciałam tylko pojeździć na łyżwach - skłamałam gładko. Zaskakujące, jak szybko człowiek dochodzi do wprawy w oszukiwaniu innych
 - Ale wróć na obiad! - zastrzegła z uśmiechem
 - Spokojnie, wyrobię się przed powrotem taty - mama tylko westchnęła cicho i  wróciła do zamku - A przynajmniej taką mam nadzieję... - mruknęłam pod nosem
 Dla pewności poleciałam nad zamarznięte jezioro, które znajdowało się w połowie drogi do Arendell, i rzeczywiście zaczęłam jeździć na łyżwach. Tak dla pewności, że tata się nie zorientuje. Zresztą miała rację, ojciec nie ufał mi jeszcze w pełni, bo w chmurach mignęła mi jego granatowa bluza. Sprawdzał czy powiedziałam mamie prawdę.
 Odczekałam jeszcze kilka minut i z pełną prędkością poleciałam do Zakazanego Miasteczka. Tam wylądowałam tuż przed zaskoczonymi strażnikami.
 - Ja do królowej - oznajmiłam
 - Czy była panienka umówiona? - zapytał jeden z nich, ten sam, który wcześniej mnie aresztował
 - Nie, ale to pilne...
 - Nie możemy panienki wpuścić, przykro mi - odparł drugi - Nie ma widzeń z królową bez wcześniejszego umówienia...
 - Przepraszam - warknęłam przepychając się między nimi. Zaczęli mnie gonić, ale szybko ich zgubiłam w plątaninie korytarzy. Gorzej, że sama też nie wiedziałam gdzie jestem...
 Skręciłam w południowy korytarz i od razu wpadłam na Kaja.
 - Och... Witam, ja do królowej. Jest tu gdzieś... może? - zająknęłam się
 - Jest w swoim gabinecie, oczywiście - odparł służący
 - Ahaaa.... - mruknęłam przeciągle
 - To te drzwi po prawo - uświadomił mnie. Szybko mu podziękowałam i wbiegłam do pokoju, nawet nie pukając. Nie miałam na to czasu, musiałam się wyrobić przed tatą. Na moje szczęście kobieta była sama w komnacie.
 - El... Emana - wykrztusiła, jak mnie zobaczyła - Nie myślałam, że wrócisz
 - Szybka decyzja. Chcesz spotkać moją mamę? - zapytałam
 - Oczywiście! - zawołała, zrzucając z ramion pelerynę, a koronę odkładając na biurko. Narzuciła na siebie podbijany białym futrem płaszcz i czapkę do kompletu - Idziemy! - krzyknęła radośnie, łapiąc po drodze jeszcze rękawiczki. Chciała wybiec przez drzwi, ale załapałam ją za ramię i pociągnęłam lekko w stronę balkonu
 - Mam lepszy pomysł - załapałam ją w pasie, tak jak tata zwykle łapał mamę i wzniosłam nas w powietrze. Królowa na początku piszczała, ale zaraz zaczęła się śmiać.
 - To cudowne! - zawołała rozemocjonowana - Elsa też tak potrafi?!
 - Nie, to akurat odziedziczyłam po tacie!
 Gnałam przed siebie z ogromną prędkością, więc po trzech minutach już byłyśmy na miejscu. Wleciałyśmy przez okno. Szybko wbiegłyśmy po schodach. Gestem nakazałam jej pozostać za drzwiami, a sama weszłam do górnej sali.
 - Cześć, mamo, wróciłam! - krzyknęłam od progu
 - Już jesteś, Płatek? Pośpieszyłaś się - na jej twarzy zagościł uśmiech
 - Mam coś dla ciebie - przygryzłam lekko dolną wargę. Mama utkwiła wzrok w czymś za moimi plecami i zbladła przeraźliwie
 - Anna... t-to ty? Po tylu latach? - wykrztusiła
 - Elsa, nawet nie wiesz jak mi cię brakowało - powiedziała kobieta, robiąc krok do przodu. Moja matka zareagowała błyskawicznie. Przycisnęła dłonie do piersi i cofnęła się.
 - Nie podchodź, Anno! Nie chcę ci zrobić krzywdy! - głos jej drżał; była przerażona. 
 - Mamo, spokojnie - powiedziałam do niej - wszystko jest pod kontrolą...
 - Skąd wiesz, Emana?! - krzyknęła zrozpaczona - Wtedy też miało być nic i prawie ją zabiłam!
 No dobra, reakcji mamy nie przewidziałam. Ona naprawdę się bała. Dowodził temu chociażby śnieg, który padał dookoła nas coraz gęściej i gęściej i wirował wokół niej.
 - Elsa, tym razem sobie jakoś poradzimy! - królowa Arendell przekrzykiwała wycie wiatru. Jej rude warkocze łopotały, a ona sama z trudem opierała się podmuchom - Już wiem dlaczego ciągle mnie unikałaś, rozumiem cię!
 - Niczego nie rozumiesz, Anno! - zawołała moja matka - Nie wiesz jak to jest być potworem, jakie to uczucie, gdy musisz okłamywać wszystkich, by cię choćby tolerowali! Nie widziałaś tego przerażenia, nienawiści i obrzydzenia w ich oczach, kiedy zrozumieli czym jestem! Odejdź, Anno! Nie jesteś tu bezpieczna!
 - Może lepiej się wycofaj... - bąknęłam do rudowłosej. Już nie byłam tak pewna, czy to dobry pomysł, tak po prostu je skonfrontować...
 - Elsa... naprawdę mi przykro, że to cię spotkało! - królowa nie odpuszczała mimo bardzo wyraźnych komplikacji w naszych planach - Razem wszystko naprawimy, już nie będzie wiecznej zimy! I staniesz w słońcu dnia, jak ja!
 - Nie jaaa! - krzyknęła mama, a cała burza skumulowała się w jej sercu, by wystrzelić w naszym kierunku.
 - Nie! - usłyszałam głos taty i coś pchnęło mnie na posadzkę. Białowłosy chłopak wyprostował się nagle i upadł ciężko na czworaka tuż koło mnie.
 - Tato! - pisnęłam przestraszona i pomogłam mu wstać. Ledwo się trzymał na nogach. Jego laska leżała kilka metrów dalej, więc utworzyłam jej kopię z lodu i podałam ojcu.
 - Anna! - krzyknęła cienko moja matka i podbiegła w kierunku, gdzie stała królowa Arendell. Ale to już nie była ona. Na jej miejscu stał lodowy posąg. Mój umysł odmawiał przyjęcia prawdy, jednak nie mogłam zbyt długo zaprzeczać.
 Moc mojej matki zamieniła ową rudowłosą kobietę w czysty lód.
 - Jesteś z siebie zadowolona, Emana? - wystękał mój ojciec - TO chciałaś osiągnąć?
 Spojrzałam na mamę. Nadal byłam w szoku. A mama obejmowała lodową figurę swojej siostry, łkając.
 Co ja narobiłam...
 - Anna? - usłyszałam cichy szept mamy. Spojrzałam w tamtą stronę i zobaczyłam, że królowa Arendell znów wygląda jak dawniej. A mama ją obejmuje.






***
 - Witam, witam... a kogóż my tu mamy? - rozległ się drwiący głos w kącie. Strażnicy natychmiast obrócili się w tym kierunku. Z cienia wyszedł mężczyzna o niezdrowej, ziemistej cerze, kruczych włosach i szarych oczach, odziany w czarny strój. Na jego widok czwórka sług księżyca złapała za broń
 - Mrok - warknęła Zębuszka, wyszarpując zza paska długi sztylet. Nosiła go od zniknięcia Piątego Strażnika
 - Z takim podejściem do osób, które chcą wam pomóc, to się nie dziwię, że go nie odnaleźliście - roześmiał się Czarny Pan - Ale skoro uważacie, że nie potrzebujecie żadnych wskazówek, to żegnam - dodał odwracając się. Już miał zniknąć, gdy Zając zawołał:
 - Czekaj! Wiesz, gdzie on jest?!
 - Oczywiście! I mogę wam to powiedzieć...
 - Czego chcesz w zamian? - zapytał rzeczowo North. Wreszcie była szansa odnaleźć tego białowłosego urwisa. Chłopak trzynaście lat temu po prostu rozpłynął się w powietrzu.
 - Ja? Nic od was nie chcę - wzruszył ramionami Książę Koszmarów - Uznajcie to za gest dobrej woli z mojej strony.
 Strażnicy spojrzeli po sobie. Pitch nigdy nie robił nic z dobrej woli.
 - Jaki jest w tym haczyk? - spytała nieufnie Ząbek
 - Haczykiem jest pewna młoda dama, która z nim jest. Nazywa się Elsa, Elsa z Arendell. Piękne i potężne dziewczę. To ona dała mi wystarczająco mocy by wrócić - powiedział
 - Dlaczego mamy ci wierzyć, że Jack jest w tej krainie? - zapytał Zając - Bywaliśmy tam co roku i jakoś go nie znaleźliśmy!
 - Biedni Strażnicy, jeszcze się nie zorientowaliście, że w tej sali nie da się kłamać? - Mrok roześmiał się kpiąco - Owa dziewczyna ma bardzo dużo mocy. - kontynuował swą wypowiedź - Usidliła waszego kochasia mieszając mu w uczuciach i ukryła swój pałac przed wszystkimi.
 - Dlaczego nam to mówisz? - spytała wróżka-zębuszka
 - Patrzyłem na nią łaskawym okiem przez te lata, co było błędem. Jest już potencjalnym zagrożeniem, coraz silniejsza z każdym rokiem. Nieśmiertelna, potężna i niezależna.
 - I co to ma do nas? - zdziwił się Zając
 - Nie odda go bez walki, a i on będzie się opierał. Jest święcie przekonany, że ją kocha - odparł mu Pitch - Jeśli wam się powiedzie, zakujcie ją w te kajdany, a Jackowi podajcie ten wywar - machnął ręką i na ławie zmaterializowały się wyżej wspomniane przedmioty.
 - Nie podamy mu jakiejś twojej trucizny! - zaprotestował Święty Mikołaj, a Piasek poparł go, pokazując kilka obrazków nad głową
 - To wasza decyzja - wzruszył ramionami Czarny Pan - Ale bez tego wasza walka będzie beznadziejna. Chłopak własnowolnie odciął się od was, by z nią być. To pozbawi go wspomnień i związanych z nimi uczuć do niej, dzięki czemu zostanie wśród was, zamiast uciec z nią cichaczem.
 - Skąd to wiesz? - spytał North
 - Spędziłem u jej boku trzynaście długich lat, więc ją po prostu znam.
 - Oddajesz nam sprzymierzeńca. Czemu? - dopytywała się Ząbek. Miała dziwne wrażenie, że coś jest na rzeczy. Coś oczywistego, co powinni już dawno wychwycić, ale im to umknęło.
 - Razem są o wiele groźniejsi. - powiedział chłodno - Dziewczyna jest nieskora do współpracy z nikim, nie chce się dzielić swoją białowłosą zabawką. To czyni ją bezużyteczną dla mnie, a jednocześnie sprawia, że nie przyłączy się do was. Chłopak już by nie skupiał się tylko na niej, a na swoich starych przyjaciołach. Nie rozumiem dlaczego tak trudno wam mi uwierzyć...
 - Ty nigdy nie robisz nic bezinteresownie - stwierdził Zając
 - Gdzie ty tu widzisz bezinteresowność? - roześmiał się Książę Koszmarów - Ujarzmicie mojego niedoszłego wroga i odzyskacie swojego chłoptasia. Obustronna korzyść. Przyjmujecie?
 - Zgoda - powiedział po chwili wahania North. Nie podobała mu się współpraca z wrogiem, ale tylko w ten sposób mogli odzyskać Jacka. Nie mieli wyjścia.
 - Mieszkają w lodowym pałacu na szczycie najwyższej góry, Lodowego Wierchu - powiedział Mrok i rozpłynął się w ciemnościach.

~*~
Podoba wam się? Może chcecie drugą część? :)